Strona główna OIL

   


 
SZWAJCARIA W AFRYCE
Podróże dalekie i bliskie


Jezioro Kiwu
      Afryka kojarzyła mi się zawsze jako rozległa kraina, z sawannami pokrytymi akacjami i baobabami. Po wylądowaniu w Kigali - stolicy Rwandy, jechałem w kierunku granicy z Kongiem. Rozglądałem się wokoło ze zdziwieniem. Czułem się jak w Nepalu. Otaczały mnie góry pokryte tarasami plantacji herbaty i pól ryżowych. Droga pełna była ostrych wzniesień i zakrętów, często na skraju przepaści.
      Ten rejon Afryki - część Wielkiej Doliny Ryftowej - swój krajobraz zawdzięcza milionom lat działalności tektonicznej Ziemi. Na pograniczu Konga i Rwandy działalność ta doprowadziła do powstania oazy piękna. Rejon ten określany bywa jako "Szwajcaria Afryki" czy "perła Afryki" Jednym z pierwszych, który sławił jego piękno był Winston Churchill. I co ciekawe, rejon ten był ostatnią "białą plamą" na mapie Afryki. Wielcy odkrywcy Afryki - Livingstone, Cameron, Stanley czy Speke - omijali jakoś ten leżący z dala od szlaków handlowych zapadły kąt Czarnego Lądu. Dopiero 16 czerwca 1894 roku stanął tu na czele swojego oddziału niemiecki porucznik von Goetzen. Jego oczom ukazał się wspaniały widok. Przepiękne jezioro Kiwu, leżące na wysokości 1500 m n.p.m., otoczone malowniczymi wulkanami. Wokół bujna równikowa zieleń. Do tego mnóstwo wszelkich gatunków zwierząt oraz wspaniały klimat. Jednak wizyta von Goetzena nie zmieniła losów tego kawałka Afryki. Dopiero 78 lat temu ekspedycja naukowo-badawcza rozpoczęła eksplorację regionu Kiwu - pogranicza Konga i Rwandy wokół jeziora o tej samej nazwie. I już paręnaście lat później miejsce to stało się bardzo modnym kurortem dla co zasobniejszych Afrykańczyków czy nawet głów państw.

Uśmiech Afryki

      Wspaniałe jezioro Kiwu urzeka swym pięknem. W jego ciemnogranatowej toni odbijają swe oblicza groźne wulkany. Wrzynające się w jezioro zielone wzgórza tworzą spokojne, malownicze zatoczki. Wytrawni globtroterzy twierdzą, że jest to - poza Lago Maggiore - najpiękniejsze jezioro na świecie. Jest ono nietypowe jak na jezioro afrykańskie. Wysokość na jakiej leży, a także jego pochodzenie wulkaniczne powoduje, że jest ono nieco chłodniejsze od innych jezior kontynentu. Powoduje to, że w jeziorze Kiwu można się spokojnie kąpać bez obawy spotkania z krokodylem czy hipopotamem. Również popioły wulkaniczne przenikające do jeziora niszczą co groźniejsze pasożyty. Głównym mieszkańcem jeziora są tilapie, ryby przypominające szprotki. Dają one zresztą możliwość utrzymania wielu miejscowym rybakom. Pływają oni po jeziorze w łodziach wydrążonych z pni drzew. Często w nocy widać na jeziorze światełka płomieni rybackich latarni, wabiących ryby do sieci. Temperatura w ciągu roku jest tu mniej więcej stała, bez większych wahań dobowych. Również wilgotność nie daje się tutaj we znaki jak w innych rejonach Afryki. Odczułem to w czasie pobytu nad leżącym o kilkadziesiąt kilometrów na południe od Kiwu jeziorem Tanganika. Tutaj, mimo że jezioro to leży na wysokości 800 m n.p.m., nie było czym oddychać.

Kongijska wioska

      Jezioro Kiwu od zachodu otacza Park Narodowy Kahuzi-Biega. Wielkim przeżyciem dla mnie była wizyta tutaj. Park obejmuje góry, których najwyższe wzniesienie Kahuzi ma 3308 m n.p.m. Pokryte są one w większości równikowymi lasami deszczowymi. Dają one schronienie wielu zwierzętom, wśród nich wielu gatunkom małp z szympansami na czele, słoniom, bawołom, wielu gatunkom antylop, leopardom, serwalom, mangustom i wszelakiej mnogości ptactwa. Zwiedzanie Parku odbywa się w grupach kilkunastoosobowych pod "ochroną" strażników-przewodników. Strażnicy wychudzeni, w łachmanach, "uzbrojeni" byli w karabiny pamiętające chyba I wojnę światową, przewieszone na sznurku przez ramię. Patrząc na nich nie miałem wątpliwości, kto będzie najszybciej uciekał w razie spotkania groźnego zwierza. Strażnicy poprowadzili nas do głównej atrakcji Parku. Kilkugodzinny przemarsz przez dżunglę obfitował w takie "atrakcje" jak zjazd na siedzeniu po mokrym od wilgoci, błotnistym zboczu góry, czy otrzepywaniu nogawek z głodnych mrówek. Jednak cało i zdrowo dotarliśmy wreszcie do celu. Tu stanąłem jak wryty. Tego widoku nie zapomnę nigdy. W odległości kilku metrów przed sobą miałem dorodnego goryla, zajadającego sobie akurat liście z okolicznych krzaków. Nie zapomnę nigdy jego spojrzenia, jego spokojnych, rozumiejących oczu. Zostaliśmy pouczeni wcześniej, jak mamy zachowywać się w przypadku spotkania z jedną z żyjących tutaj 4 rodzin goryli. Nie należy przede wszystkim wykonywać gwałtownych ruchów ani wydawać głośnych odgłosów. Przestrzegając tych zasad mogliśmy upajać się wspaniałym widokiem życia stada goryli w ich własnym środowisku. Jedne z nich zajadały sobie liście, inne oddawały się słodkiej sjeście, a te najmłodsze, skore do zabawy baraszkowały w zaroślach albo wesoło skakały po okolicznych drzewach. Tutaj jeszcze lepiej zrozumiałem przesłanie znanego filmu "Goryle we mgle" opowiadającego o życiu Dian Fossey, która poświęciła je obronie tego wspaniałego, ginącego gatunku.

Spotkanie z gorylem

      Od północy, prawie do samego jeziora Kiwu sięga pasmo gór Ruwenzori. Nad krańcem jeziora wznosi się na wysokość 3470 m n.p.m. wulkan Nyiragongo. Jest to chyba jeden z najbardziej malowniczo położonych wulkanów. Nieopodal Gomy, miasteczka na pograniczu Konga i Rwandy, na rozległym płaskowyżu unosi się majestatycznie klasyczny stożek wulkanu, odbijając swoje oblicze w spokojnych wodach jeziora. Czasem można dostrzec wydobywający się z wierzchołka krateru dym. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Gomy znajduje się niewielka osada Rutshuru. Jest to miejsce szczególne. Tutaj znajduje się misja ojców palotynów z Polski. Księża Jan, Józef i Stanisław gościli mnie tu przez kilkanaście dni. W tym czasie żyłem życiem misji. Nie odstępując prawie na krok księdza Jana mogłem dokładnie poznać życie codzienne afrykańskiej wsi. Byłem świadkiem codziennej, żmudnej misji polskich palotynów. Misji, która wywarła na mnie duże wrażenie. Nie była to tylko misja o charakterze religijnym, ale także dotycząca życia codziennego parafian. Księża pomagali im rozwiązywać problemy zarówno osobiste jak i wsi, pomagali podejmować inwestycje, np. zbudować tamę z mini-elektrownią na rzece aby wieś miała prąd, czy prowadzić wycinkę dżungli pod pola uprawne czy budowę chat. Wszędzie wyczuwało się ogromny szacunek jakim wszyscy mieszkańcy otaczali misjonarzy. Ogromne wrażenie robiły na mnie wizyty, gdzieś w zagubionych wioskach górskich, gdzie ksiądz Jan podążał do chorych z Najświętszym Sakramentem, spotkania ze wspólnotami wioskowymi, na których omawiano aktualne problemy wsi, czy pełne żywiołowego śpiewu i tańca msze święte.

W Parku Akagera

      Wschodnia strona jeziora Kiwu - tu rozciąga się maleńka Rwanda. Od strony kongijskich Gomy i Rutshuru rozpościera się wulkaniczny Park Narodowy Virunga. W jego obrębie znajduje się pasmo wulkanów, którego najwyższe szczyty, Karisimbi, Mykena, czy Muhabura przekraczają 4000 m n.p.m. Niekiedy na ich szczytach, tak jak na Kilimandżaro widać śnieg. Na zboczach tych wulkanów w gąszczach lasów deszczowych żyją stada goryli górskich. Na terenie Rwandy znajduje się jeszcze jeden interesujący park narodowy - Park Akagera. Założony w 1934 roku objął obszar 2500 km2, tj. ok. 10% powierzchni kraju. Jest to Park odwiedzany stosunkowo rzadko przez turystów lecz jest uznany za jeden z najbardziej interesujących. Znajdują się tu trzy rodzaje środowisk. Ogromne połacie parku, na pograniczu z Tanzanią obejmują sawanny z mokradłami. Znajduje się tu również sześć jezior z wieloma wyspami, a także teren górzysty sięgający 1600-1800 m n.p.m. Dzięki temu można podziwiać tu nadzwyczajną różnorodność zwierząt. Łatwiej też niż w innych parkach spotkać je tutaj. W czasie jednodniowego safari w Parku Akagera miałem okazję widzieć m.in. stada zebr, antylop kudu, impala, gnu, elanda, topi, różne rodzaje małp, bawoły, hipopotamy, lwy, hieny czy guźce. Wspaniale prezentowały się one na tle różnorodnego krajobrazu, często jakby pozując przed aparatem fotograficznym czy kamerą. Na terenie Rwandy znajdują się też źródła Nilu. Rzeka ta w czasach starożytnych stała się szlakiem migracji Egipcjan z czasów faraona do tej części Afryki. Przyczynili się oni do powstania szlachetnej rasy Tutsi - plemienia, które uważa się za rasę dominującą wśród innych plemion murzyńskich. Na terenie Rwandy znajduje się wiele polskich misji katolickich. Miałem okazję odwiedzić kilka z nich i poznać naszych dzielnych misjonarzy, m.in. w Cyangugu i Kigali-Gikondo.
      Na południowym krańcu jeziora Kiwu znajduje się stolica regionu - Bukavu. Okres świetności ma już chyba poza sobą, jednak wciąż urzeka swoim malowniczym położeniem. Tu grupowała się lokalna Polonia. Na jej czele stoi mój afrykański guru - profesor Wiktor Prandota. To on wytyczał moje afrykańskie szlaki, często wiodąc mnie po nich, opowiadał o wielu ciekawych zwyczajach, historiach, ciekawostkach, poznawał z wieloma mieszkańcami tego lądu. Imponowała mi popularność i życzliwość jaką cieszył się wśród lokalnej społeczności. Jest autorem kilku książek. Jedną z nich "Czarna Afryka od środka" uważam za jedną z lepszych książek o Afryce - o jej historii, zwyczajach, dniu codziennym.
      Niestety, dzisiejsza Rwanda i Kongo stanowi krajobraz po bitwie. Szczególnie Rwanda, wyniszczona bratobójczą wojną domową, jest w opłakanym stanie. Wojna pochłonęła tu ok. 1 mln ofiar spośród 8-milionowego społeczeństwa. Waśnie plemienne Tutsi i Hutu mają swoją długą historię i wygląda na to, że ta historia nie jest zakończona. Miejmy jednak nadzieję, że ten rejon Afryki będzie miał jeszcze swój okres świetności, dając możliwość przyjazdu tu wielu globtroterom, również tym z Polski.

Tekst i zdjęcia:
Krzysztof Muskalski

Częstochowska Gazeta Lekarska nr 2003/3 - pismo Częstochowskiej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Częstochowie.
Dla członków izby lekarskiej bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020