Strona główna OIL

   


 
Ppłk dr n. med. Lech Podciechowski - wspomnienie

Ppłk dr n. med. Lech Podciechowski
25.03.1950 r.- 25.02.2015 r
.

Lata wczesnej młodości w trudach służby wojskowej hartują charaktery i często ujawniają w ludziach wartości, które w innych okolicznościach nie byłyby tak widoczne. Leszek pochodził z Krotoszyna z rodziny gdzie tradycje wojskowe były wartością, które ceniono i pielęgnowano. Przygotowanie do samodzielnego życia rozpoczął w Wojskowej Akademii Medycznej, a jego starszy brat w Wyższej Szkole Wojsk Inżynieryjnych.
Spotkaliśmy się na początku drogi w 1968 roku. Zamieszkaliśmy w pokoju trzyosobowym. Leszek, Krzysiek i ja. Uroczyście ustaliliśmy obowiązujące nas reguły przebywania razem. Wszyscy trzej jako priorytet traktowaliśmy naukę i terminowe zaliczanie przedmiotów medycznych. Ale tych w pierwszych miesiącach nie było. Było szkolenie żołnierskie tzw. unitarne. Dowódca kursu mjr Adamczyk i szef kursu sierżant Mrozowski priorytety mieli zupełnie inne, a swoje funkcje traktowali bardzo poważnie. Może trochę nieświadomie realizowali starą wojskową prawdę: tylko w działaniu cnoty rozpoznane będą. Regulamin służby wewnętrznej i wartowniczej w ocenie dowództwa kursu to "katechizm" dla podchorążego WAM. Już wtedy zadawaliśmy sobie pytanie, czy Leszek nie pomylił uczelni. Miał osobowość nie przystającą do surowego życia służby wojskowej lat sześćdziesiątych. W tym czasie w LWP obowiązywały mocno "wschodnioeuropejskie" zasady funkcjonowania wojska. Widać było że On z domu wyniósł inne rozumienie dyscypliny wojskowej i działania w grupie. Nawet tzw. "wojskowe" słownictwo, tak powszechnie w wojsku nadużywane, w Jego ustach zwykle nie gościło. Inni wyznaczali reguły zachowania w grupie. Alkohol, ten pocieszyciel w krytycznych okresach służby wojskowej jemu nie służył. Nie przypominam sobie aby kiedykolwiek był w stanie wskazującym na spożycie. Sprawiał wrażenie, że był jakby na marginesie głównego nurtu życia wojskowego lat sześćdziesiątych w WAM. Zyskał od swojego nazwiska przerobiony pseudonim "Pociecha". Może dlatego, że uczciwie i rzetelnie wywiązywał się ze swoich powinności żołnierskich: salutowanie, służba dyżurna, nauka kroku defiladowego itp. Dla nas to było "zło konieczne". To trzeba było zaliczyć, ale nadmierne angażowanie się nie było potrzebne.
Dwa pierwsze lata nauki i służby wojskowej były wyjątkowo ciężkie i wyczerpujące. Leszek uczył się dobrze, nawet bardzo dobrze, zaliczał w terminie. Znalazł czas aby aktywnie uczestniczyć w studenckim teatrze "Verbum". To było coś zupełnie wyjątkowego. Nie pamiętam aby ktoś już na pierwszym roku w nawale obowiązkowych zajęć, znalazł czas na próby w zespole teatralnym. Leszek niezasłużenie doświadczył ze strony naszej grupy przykrości gdy wyznaczono nas do pakowania na poligonie taborów teatralnych. W naszej opinii było to "zasługą" Jego ekstrawaganckich zainteresowań. Na pierwszych latach studiów nie było czasu wyspać się dobrze, wiec teatru żaden z nas nie potrzebował.
Potem zaczęła się medycyna właściwa tj. zajęcia kliniczne. Chyba na piątym roku studiów podczas zajęć na oddziale chirurgicznym zauważyliśmy, że Leszek dobrze znany jest wielu lekarzom z oddziałów zabiegowych. Wszyscy wypowiadali się o Nim z dużym szacunkiem i zainteresowaniem. Szybko dowiedzieliśmy w czym sprawa. Leszek jako student regularnie bywał na nocnych ostrych dyżurach chirurgicznych aktywnie w nich uczestnicząc. To od naszych asystentów dowiadywaliśmy się, że On samodzielnie jeszcze przed otrzymaniem dyplomu potrafi wykonać appendectomię, a nawet poważniejsze zabiegi nie stanowią dla Niego problemu. Takie umiejętności imponowały nam wszystkim. Właściwie nie bardzo było wiadomo jak się do Niego odnosić. Na zajęciach z przedmiotów zabiegowych drżenie rąk i niepewność towarzyszyły każdemu. Leszek pewnie i zdecydowanie posługiwał się skalpelem, zakładał szwy i każdemu był pomocny. To właściwie od Niego uczyliśmy się praktycznej chirurgii. Ze swoimi umiejętnościami nie wywyższał się. Pewno wiedział, że skromność strażnikiem cnót wszelakich pozostaje. Jego uczynność i bezinteresowna życzliwość była powszechnie znana. Osiągnął to, co tak rzadko udaje się zdobyć w grupie rówieśników. Był autorytetem w dziedzinie zabiegów chirurgicznych.
Pamiętam swoją działalność w studenckim kole naukowym przy Katedrze Ochrony Radiologicznej i Toksykologii. Zaistniała potrzeba wykonania splenectomii u szczurów, a potem ich dalsza obserwacja. Narkoza, później zabieg w wykonaniu słabo wykwalifikowanych ale pełnych zapału adeptów medycyny zabiegowej spowodowała ubytek kilku szczurów z badanej grupy. Leszek podjął wyzwanie. W następnych dniach z dumą pokazywaliśmy efekty Jego umiejętności.
Na szóstym roku mamy internat położniczy w Warszawie. Zainteresowanie porodami w grupie zróżnicowane. Wielu woli oglądać program TV. Adiunkt opiekun grupy robi co może: " Koledzy dla was telewizor jest między nogami rodzącej". Nam w głowie figle a nie bezsenne godziny spędzane przy położnicy. To w grupie studentów WAM zrodziła się oryginalna metoda pomagania przy porodzie:" Jak będzie pani głośno krzyczeć to będzie mniej bolało". Leszek myśli inaczej. Jego nie trzeba namawiać do dyżuru przy rodzących. Angażuje się emocjonalnie przy wielu porodach. Przy jednej rodzącej spędza długie godziny, może przeczuwał, że od Niego głównie zależy szczęśliwe zakończenie porodu. Dziewczyna po porodzie nie może znaleźć słów aby Mu okazać swoją wdzięczność. Patrzy na Niego tak, jak dziewczyna na chłopaka bliskiego jej sercu patrzeć potrafi. Jej rodzina przybywa z ogromnym bukietem czerwonych róż dla Leszka. Wśród pacjentek zyskujemy uznanie: "wojskowi a jak się znają na położnictwie". Nasza grupa ocenia to wszystko po swojemu: "Leszek uważaj bo dziewczyna ładna, a Ty przed żoną wiele będziesz miał do tłumaczenia".
Wreszcie promocja, mamy dyplomy. Leszek dostaje skierowanie do Piły. Tam dalej przez kilka lat doskonali się w medycynie zabiegowej. Profesor Szpakowski proponuje Mu powrót do Łodzi. Jest promotorem Jego pracy doktorskiej. Leszek rozpoczyna pracę w Klinice Ginekologii i Położnictwa w Centrum Zdrowia Matki Polki. Wydaje się, że mocno stąpa po słonecznej stronie swego życia: kochająca żona, dzieci, wnuki i uznanie w pracy. W środowisku lekarskim jest bardzo znany. Przełożeni sugerują pracę habilitacyjną. Cios przychodzi niespodziewanie - nagle umiera Jadwiga, Jego żona. Praca dla Niego staje się lekarstwem w trudnych chwilach. Zmienia mieszkanie aby aktywniej uczestniczyć w pracy na oddziale. Nadal pełni dyżury na oddziale położniczym. To wszystko zostaje zauważone. Dostaje propozycję zorganizowania nowoczesnego oddziału ginekologiczno - położniczego w Rzgowie. W telewizji regionalnej mówi o tym z dużym zaangażowaniem. Może właśnie wtedy zapomniał o starożytnej prawdzie: śmierć zawsze pewna, jej godzina nieznana. Jego aktywne życie choroba przerwała nagle. Było to bolesnym ciosem dla wszystkich, którzy Go znali, wielką stratą dla tych, którzy korzystali z jego pomocy. Należał do tej grupy absolwentów WAM, którzy w społeczeństwie wyraźnie zaznaczyli swoją obecność. Swoją wieloletnią pracą przyczynił się do utrwalenia aktualnej jeszcze w społeczeństwie opinii, że lekarz wojskowy to nie ktoś tuzinkowy, który trafił do służby w wojsku przypadkowo.

ppłk rez. dr med. Grzegorz ZABIELSKI
Kurs XI WAM



"Skalpel" 2015/04 (lipiec-sierpień) - pismo Wojskowej Izby Lekarskiej w Warszawie.
Wydawca: Wojskowa Izba Lekarska w Warszawie.
Dla członków izby lekarskiej bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004