Strona główna OIL
Strona główna PULS-u

   



Misja medyczna na Wschodzie

Małgorzata Skarbek

W lipcu 2011 r. przez Ukrainę i Mołdawię przejechał konwój polskiej misji medycznej. Zatrzymywał się m.in. w Samborze, Stryju, Odessie, Berdyczowie, Winnicy, Kiszyniowie, Bielcach, Gregorowcach i we Lwowie. 30-osobowy zespół, kierowany przez dr. hab. med. Mariusza Frączka, składający się z lekarzy i pielęgniarek, studentów WUM i innych uniwersytetów medycznych oraz wolontariuszy, udzielał pomocy Polakom, ale też wszystkim zgłaszającym się w odwiedzanych miejscowościach - Ukraińcom i Mołdawianom. Rektorem misji był ksiądz prałat Henryk Błaszczyk.

Wyprawę tę zorganizowano z inicjatywy "Wspólnoty Polskiej" oraz Ministerstwa Zdrowia. Protektorat nad nią, poza Longinem Komołowskim, prezesem "Wspólnoty", objęły: minister zdrowia Ewa Kopacz oraz Anna Komorowska, żona prezydenta RP.
Misja miała również na celu zebranie danych epidemiologicznych dotyczących populacji na Wschodzie - na Ukrainie i w Mołdawii. Jej realizacja była konkretnym przejawem solidarności i troski państwa polskiego o obywateli zamieszkujących tereny na wschód od naszej granicy. Misja spotkała się z dużym zainteresowaniem Polaków ze Wschodu oraz życzliwością tamtejszego Kościoła katolickiego.
Autobus diagnostyczny, wypożyczony ze Stołecznej Stacji Krwiodawstwa dzięki życzliwości jej szefa dr. Piotrowskiego, oraz karetka pogotowia były doskonale wyposażone, m.in. w dwa aparaty USG, na których pracowały dr Magdalena Hevelke oraz dr Alicja Pyskło, elektrokardiogramy, spirometry, laboratorium do badań analitycznych. Dzięki temu oraz obecności licznych specjalistów możliwe było prowadzenie szerokiej diagnostyki w zakresie gastrologii, gastroenterologii, pulmonologii, ortopedii, kardiologii, onkologii, chirurgii i pediatrii. Pracę zespołu niezabiegowego koordynowała prof. dr hab. n. med. Anna Doboszyńska.
Misja wymagała ogromnego przygotowania logistycznego, w każdej miejscowości rozkładano niemały obóz. Trasę przejazdu ułożył ojciec Bruno z zakonu bonifratrów, z duszpasterstwa w Drohobyczu.
Wszędzie przybycie misji spotykało się z wielkim zainteresowaniem. Osoby zgłaszające się po pomoc przeważnie nie miały żadnej konkretnej dokumentacji medycznej, która sugerowałaby, w jakim kierunku prowadzić diagnostykę. Trzeba było zaczynać od podstawowego wywiadu. Dochodziły kłopoty z porozumieniem się. Niektóre osoby, nawet z rdzennie polskimi nazwiskami, nie znały polskiego.
Potrzebni byli tłumacze, także miejscowi. Każda osoba była ankietowana przez studentów, którzy zbierali dane epidemiologiczne na temat zachorowalności i umieralności.
Te informacje oraz materiał pobrany w wymazach z nosa zgłaszających się, służący obecnie do badań nad szczepami bakteryjnymi gronkowca (MRSA) na WUM, stanowią pokłosie naukowe wyprawy.
Pacjentów było tak wielu, że niekiedy po 12 godzinach udzielania porad lekarze nie mogli dalej pracować. A przychodzili wszyscy, nie tylko Polacy z pochodzenia.
- Jeżeli zgłaszali się do nas Ukraińcy czy Mołdawianie, nigdy nie odmawialiśmy pomocy - mówi dr hab. med. Mariusz Frączek. - Dla lekarza każdy, kto doznaje cierpienia, jest tak samo ważnym pacjentem, bez względu na pochodzenie czy wyznanie. Mamy też świadomość, że Polacy żyją tam w określonych warunkach społecznych i kulturowych. Pomoc dla nich była aktem solidarności i grzeczności wobec ich sąsiadów. Udzieliłem ok. 40 wywiadów polskim, ukraińskim i mołdawskim stacjom radiowym i telewizyjnym. Za każdym razem podkreślałem, że badania wykonujemy dla wszystkich, którzy się zgłaszają. Wszędzie na świecie chorzy są tacy sami! Ale z pewnością w wielu miejscowościach, np. w Berdyczowie, gdzie uczestniczyliśmy w dużym święcie maryjnym, byliśmy zauważeni jako polska misja. Oczywiście tam również udzielaliśmy pomocy wszystkim.
Polacy zamieszkujący tamte tereny poczuli, że kraj o nich nie zapomina. Konsul w Winnicy stwierdził, że w ciągu trzech dni zgłosiło się do niego więcej chętnych z prośbą o wydanie Karty Polaka niż w ostatnich dwóch latach.
W czasie misji lekarze zbadali ok. tysiąca chorych. Wnioski epidemiologiczne są już opracowane na podstawie badań statystycznych.
Jakie są inne rezultaty misji? Czy przebadanym chorym można jeszcze udzielić pomocy poza doraźną, poza postawieniem pełnej diagnozy i poinformowaniem o stanie zdrowia?
Część pacjentów różnymi drogami trafiła do polskich szpitali, np. dzieci do CZD. Trwa poszukiwanie funduszy na tę opiekę, m.in. w organizacjach charytatywnych.
- Nie możemy zastąpić ukraińskiej ochrony zdrowia - mówi dr hab. med. M. Frączek. - Staramy się, aby powstały projekty prozdrowotne w ramach pracy Rady Konsultacyjnej. Jednym z nich może być np. program profilaktyczny przeciwdziałania wrodzonej dysplazji stawu biodrowego. U badanych dzieci stosunkowo często stwierdzaliśmy wady i schorzenia ortopedyczne. Kolejna rzecz to możliwość przeprowadzenia szkoleń dla lekarzy i pielęgniarek, w tym polskiego pochodzenia. Nasze spotkania z nimi i z pacjentami były wzruszające. Nigdy w życiu mi tak nie dziękowano za konsultacje ani mnie tak nie dowartościowano w sensie emocjonalnym i, mimo że - tak jak wszyscy uczestnicy wyprawy - byłem wolontariuszem, bardzo dużo otrzymałem, przede wszystkim ciepłych ludzkich uczuć, które stały się najlepszą zapłatą.
Koszty wyprawy zostały pokryte z funduszy z darów prywatnych, zwłaszcza od ludzi obecnie mieszkających w Polsce, których korzenie znajdują się na terenach wschodnich. Uczestników wspierała ogromna życzliwość pracowników polskiej dyplomacji. Gdy do Kiszyniowa wyprawa przybyła z wielkim opóźnieniem, bo na granicy były problemy z wwiezieniem sprzętu medycznego (dotąd nikt nie wwoził takiego do Mołdawii), polski ambasador przenocował uczestników w swojej rezydencji.
Misja była pierwszą tego typu wyprawą. Organizatorzy zebrali doświadczenia i planują następne. Wyjazd miał długą trasę, prowadził przez wiele miast i wsi. Dużo czasu zajmowały przejazdy po złych ukraińskich i mołdawskich drogach, przez co cierpiała mobilność misji. Nabyte doświadczenia wskazują, że należy raczej jechać w konkretne miejsca mniejszym zespołem na dłużej, np. na Żytomierszczyznę, gdzie mieszka dużo Polaków.
Niedawno dr hab. med. Mariusz Frączek wraz z prof. Grzegorzem Opolskim i prof. Jerzym Waleckim był na rekonesansie w Gruzji. Dokonali rozeznania, ale prowadzili także badania, bo tam również mieszkają Polacy, choć mówiący już tylko po rosyjsku lub gruzińsku. Tamtejsza służba zdrowia jest w bardzo trudnej sytuacji. Odbyła się dzika prywatyzacja. Część lekarzy wyjechała do Rosji, bo stamtąd pochodzili. Opieka medyczna jest zła. Za wszystko trzeba płacić: za lekarstwa, leczenie itp. Ludzie biedni, w tym pochodzenia polskiego, po prostu nie są leczeni. Jedna z następnych misji być może uda się zatem do Gruzji.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004  
Redaktor: puls@warszawa.oil.org.pl  
Data utworzenia: 2011-12-30