Strona główna OIL
Strona główna PULS-u

   



Sylwetki - Marian Garlicki

Życia nie zmarnowałem - cz. II

Koniec wojny
10 listopada 1944 roku dr Marian Garlicki opuszcza Lwów na zawsze. I Armia WP powołuje lekarzy z wyzwalanej Ukrainy do służby czynnej. Gdy nad ranem 13 listopada dojeżdżają do wyzwolonego Lublina, ktoś intonuje "Kiedy ranne wstają zorze". Cały pociąg rozbrzmiewa pieśnią. "Coś majestatycznego i wzruszającego było w tym rozśpiewanym pociągu, bo nawet jadący żołnierze radzieccy przestali prowadzić rozmowy i zdjęli czapki z głów" - wspomina. Dostaje skierowanie do szpitala polowego, wkrótce dojeżdża żona z synem. Mieszkają kątem, wynagrodzenie lekarzy stanowią produkty spożywcze z darów amerykańskich. Nikt nie myśli o tym, co będzie dalej. Ważne jest to, co dzieje się dziś. A właśnie rozpoczynają się aresztowania akowców, członków WiN i innych organizacji przeciwnych władzy ludowej. Asystent dr. Garlickiego por. dr Witkowski zostaje wezwany do zamku lubelskiego, w którym trzymano zbrodniarzy hitlerowskich z Majdanka, a teraz bezpieka więzi przeciwników politycznych. "Ujrzał trzech młodych mężczyzn rozebranych do pasa oraz dwóch wojskowych - jeden niskiego wzrostu, o twarzy bandyty, lekko utykając, przechadzał się, trzymając w ręce nagan" - przekazuje jego relację profesor. "W pierwszej chwili kolega Witkowski nie wiedział, o co chodzi, ale szybko się zorientował, gdy wyższy, w mundurze oficera, zaczął odczytywać łamanym językiem polskim wyrok skazujący trzech stojących pod ścianą młodych ludzi na karę śmierci. Po wysłuchaniu wyroku skazani wznieśli okrzyk: Niech żyje Polska! I wtedy ten niższy pozbawił ich po kolei życia strzałem w tył głowy". Dr. Witkowskiemu rozkazano podpisać akt zgonu. "Oświadczył, że gdyby po raz drugi miał uczestniczyć w wykonaniu egzekucji, to raczej za niewykonanie rozkazu gotów jest stanąć przed sądem niż być świadkiem morderstwa". Następnemu dawano już tylko papiery do podpisu. A przedtem wódkę.
Nieoczekiwanie, tuż przed świętami Wielkanocy, przychodzi rozkaz przeprowadzki szpitala do Bydgoszczy. Więc znowu pakowanie i podróż, ale przedtem jeszcze świąteczne śniadanie i uroczysta procesja rezurekcyjna. Przed katedrą kompania honorowa Wojska Polskiego, księdza z monstrancją trzymają pod ręce generałowie polski i radziecki.
Nad pociągiem krążą niemieckie samoloty. Trasa się zmienia - jadą do Poznania. W mieście dopala się cytadela, wokół zgliszcza. Walki o Wał Pomorski wciąż trwają, trzeba natychmiast urządzić szpital na przyjęcie rannych. Każdorazowo będzie ich 300.
8 maja wybucha strzelanina, tym razem na znak radości. Koniec wojny! Wkrótce Poznań wita powracającego z Anglii Stanisława Mikołajczyka. "Rozentuzjazmowana młodzież wzięła na barki samochód wraz z siedzącym w nim delegatem Rządu Londyńskiego i wśród oklasków zgromadzonej publiczności zaniosła do hotelu Bazar. Nikt nie przeczuwał, że w niedługim czasie wicepremier Rządu Jedności Narodowej będzie musiał w tajemnicy opuścić kraj przed grożącym mu niebezpieczeństwem".

Życie wśród gruzów
Rozkaz wyjazdu do Warszawy oznacza udział w organizowaniu Szpitala MON. Dr Garlicki ma kierować oddziałem chirurgicznym. Mieszka w szpitalu przy Koszykowej. W labiryncie gruzów usiłuje odnaleźć kształt przedwojennego miasta. W listopadzie 1945 roku szpital jest już uruchomiony, a w 3 miesiące później przychodzi zwolnienie z wojska. Z rekomendacji prof. Grucy, który organizuje Instytut Urazowy w Szpitalu Dzieciątka Jezus, dostaje pokój w kamienicy na Wspólnej. Wodę trzeba nosić na trzecie piętro z sąsiedniego podwórka, gotować na "kozie", do oświetlenia używać lampy karbidowej, ale taka jest wówczas warszawska norma. Może sprowadzić żonę i synka.
Rok 1946 witają na oficjalnym przyjęciu w szpitalnej świetlicy. Komendant szpitala ppłk Poleżajewa w balowej sukni do ziemi staje na baczność przed szefem wojskowej służby zdrowia gen. Moguczym, meldując rozpoczęcie balu. Mimo "nadreprezentacji" obywateli radzieckich Polacy nie tracą animuszu. Dr Kazimierz Nowosad, lwowiak, włazi na krzesło i przy akompaniamencie orkiestry śpiewa: "Na placówce grzmią armaty, na placówce czuwa straż, nie oddamy lwowskiej chaty, bo Lwów był i będzie nasz". Zostaje nagrodzony oklaskami i - nic się potem nie dzieje. Mimo że, jak przyznaje prof. Garlicki, "uzależnienie od Związku Radzieckiego stawało się coraz bardziej widoczne".
Prof. Gruca i dr Garlicki, jego przedwojenny asystent ze Lwowa, znów pracują razem, w ocalałym budynku Szpitala Dzieciątka Jezus. Trafiają tam pacjenci z ranami postrzałowymi, pilnowani przez milicję. Niektórym udaje się uciec. O pomoc w kolejnej ucieczce został oskarżony lekarz, Józef Juszko, który "pełniąc dyżur w izbie przyjęć, nie powiadomił w czasie kilku godzin milicji o przyjęciu do szpitala chorego z raną postrzałową". Skazany na 12 lat, 8 odsiedział w więzieniach o zaostrzonym rygorze.
Mimo wszystko, a może wbrew wszystkiemu, zapał w odbudowie Warszawy nie słabnie. "Nie zwracając uwagi na rozgrywki polityczne, ludzie nie szczędzili sił na zacieranie śladów wojennych zniszczeń" - pisze profesor.
W 1946 roku rodzi się drugi syn - Marek, praca doktorska jest już gotowa. Włączają się w odbudowę kamienicy, z której pozostały jedynie mury i stropy. Prawo własności do 3-pokojowego mieszkania gwarantuje ustawa. Ale już po roku państwo ludowe unieważnia gwarancje i warszawiacy dowiadują się, że odbudowane przez nich mieszkania są własnością kwaterunku, a oni lokatorami.
Mija kolejny rok i dr Garlicki, wówczas już po habilitacji, otrzymuje od ministra zdrowia Jerzego Sztachelskiego propozycję pracy na Śląsku. "Perspektywę kolejnej przeprowadzki na Śląsk, oddanie do dyspozycji kwaterunku mieszkania, na którego odbudowę oddaliśmy wszystkie zaoszczędzone pieniądze i biżuterię żony, w sumie około 3 milionów zł, co na owe czasy było olbrzymią sumą - niełatwo było znieść z uśmiechem na ustach" - wspomina. Sprawy układają się tak, że lepiej jednak tę propozycję przyjąć.

Kariera
Na terenie województwa katowickiego dr Garlicki organizuje 6 ośrodków urazowo-ortopedycznych i tworzy klinikę ortopedii w Śląskiej Akademii Medycznej z siedzibą w Bytomiu. "Podjąłem się wówczas ryzykownego zadania" - oceni po latach. - "Bez kliniki, personelu lekarskiego, bez mieszkania, w nieznanym mi środowisku (z wyjątkiem profesorów i lekarzy ze Lwowa), uparłem się stworzyć trzecią w kraju klinikę, która miała być wzorem dla zorganizowanych uprzednio ośrodków urazowo-ortopedycznych, szkolić studentów, doszkalać lekarzy, leczyć na wysokim poziomie". Po półtora roku otrzymuje 4-pokojowe mieszkanie w poniemieckiej willi.
W 1953 roku zostaje mianowany przez ministra rektorem śląskiej AM.
Jest rok 1956. "Wypadki w Poznaniu odbiły się szerokim echem w całym kraju, nie omijając regionu śląskiego, a tym samym naszej Akademii" - pisze profesor. - "Na uspokojenie w kraju wpłynął przede wszystkim powrót do władzy po latach ostracyzmu Władysława Gomułki, z którym wszyscy wiązali nadzieję na lepszą przyszłość. Niestety, oczekiwana odwilż polityczna, jak się okazało, nie trwała długo". Coś się jednak zmienia. Wyjeżdżają liczni doradcy radzieccy, na szczeblach władzy następuje przetasowanie, dzięki amnestii wychodzi na wolność sporo niewinnych ludzi.
Środowisko akademickie może już samo wybierać rektora - oczywiście nie bez aprobaty ministra. I prof. Garlicki ponownie zostaje rektorem. Równocześnie bierze udział w przedwyborczej kampanii do Sejmu. "Doszedłem do wniosku, że ewentualny wybór na posła pozwoli mi łatwiej zrealizować pewne korzystne zmiany w Akademii oraz rozwiązać szereg problemów związanych z lecznictwem urazowo-ortopedycznym na terenie woj. katowickiego".
Tymczasem szef wojskowej służby zdrowia proponuje mu stanowisko naczelnego chirurga WP. "Byłem w roli osiołka, który miał dylemat z sianem i owsem" - wspomina profesor. Generał kusi mieszkaniem w Warszawie, nowym oddziałem klinicznym w Szpitalu MON, stopniem wojskowym i samochodem do wyłącznej dyspozycji.
Profesor zostaje ordynatorem oddziału ortopedii w szpitalu MON przy Koszykowej, naczelnym chirurgiem WP, ma też obowiązki poselskie. "Początkowo obrady Sejmu miały, rzec można, charakter demokratyczny, szybko jednak grupa posłów bezpartyjnych została zmajoryzowana i głosy nasze nie miały większego znaczenia" - przyznaje.
Po trzech miesiącach rozłąki rodzina jest już razem w komfortowym mieszkaniu przy al. Szucha.
W listopadzie 1957 roku zapada decyzja o utworzeniu w Łodzi Wojskowej Akademii Medycznej. Minister obrony Marian Spychalski składa profesorowi propozycję objęcia funkcji komendanta (rektora). Awansowany na generała brygady, będzie ją sprawował przez 6 lat.
W 1965 roku następuje otwarcie nowoczesnego Szpitala Klinicznego MON przy ul. Szaserów. Równocześnie przechodzi na emeryturę kierownik Katedry i Kliniki Ortopedii warszawskiej AM prof. Adam Gruca. "Mając sentyment do kliniki, w której rozpocząłem pracę bezpośrednio po zakończeniu wojny i byłem z nią związany do 1952 roku, postanowiłem podjąć starania o powrót na stare śmiecie, rezygnując, rzecz jasna, z dalszej służby wojskowej".

Następca prof. Grucy
Kilkumiesięczne starania kończą się sukcesem. Prof. Garlicki pozostanie szefem kliniki przez 13 lat, do emerytury w 1979 roku.
Obok prof. Adama Grucy i prof. Wiktora Degi był jednym z twórców polskiej ortopedii i traumatologii. Promotorem 33 dysertacji doktorskich oraz opiekunem 12 przewodów habilitacyjnych. Jednym z niewielu, którzy wychowali 12 profesorów. Swoją pasję przekazał też synowi Januszowi. - Ojciec poświęcił ortopedii całe życie zawodowe - przypomina dr Janusz Garlicki, również ortopeda. - Był twórcą wielu metod operacyjnych, które przetrwały do dziś i są stosowane nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Wspaniałym lekarzem potrafiącym dostrzec cierpienie, niosącym pacjentom pomoc bez względu na porę. Człowiekiem nad wyraz skromnym, kochającym żonę i rodzinę, a przy tym wesołym, lubiącym się bawić, kochającym kobiety, duszą towarzystwa. Niestety, ostatnie lata upłynęły mu w okropnym cierpieniu - dopadł go nowotwór. Wiedząc, jaki będzie przebieg choroby, do końca zachował uśmiech i pogodę ducha. To była dobra, stara szkoła, pokolenie ostatnich wielkich autorytetów medycznych i moralnych, których w dzisiejszych czasach, upadku wszelkich wartości, tak bardzo nam brakuje.
Wraz z prof. Edwardem Rużyłłą prof. Marian Garlicki był honorowym delegatem warszawskiej OIL na Krajowy Zjazd Lekarzy. Wojskowa AM w Łodzi oraz śląska AM w Katowicach przyznały mu doktoraty honoris causa. Został odznaczony Wielkim Krzyżem z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżami Komandorskim, Oficerskim i Kawalerskim Orderu Polonia Restituta, a także m.in. Medalami GLORIA MEDICINAE i MEDICUS MAGNUS oraz Medalem "Za udział w wojnie obronnej w 1939 roku".
Zmarł 23 maja 2002 roku. Ü

Ewa DOBROWOLSKA

Cytaty w tekście pochodzą z książki "Marian Garlicki. Z medycyną od Lwowa do Warszawy", wydanej przez Polską Akademię Medycyny w cyklu "Biografie" (Warszawa 1996).


Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004  
Redaktor: puls@warszawa.oil.org.pl  
Data utworzenia: 2005-05-16