Strona główna OIL

   


 
Nie plagiatuj, bo cię kiedyś złapią

      Rozmowa z dr Markiem Wrońskim, polskim lekarzem do niedawna mieszkającym w Nowym Jorku, który wyszukuje plagiaty w pracach z dziedziny medycyny i biologii

      ROMAN ADAMSKI: Panie doktorze, proszę nam powiedzieć jak to się stało, że człowiek, który zajmuje się neuroonkologią i neuroanestezjologią stał się głównym tropicielem plagiatów w Polsce?
      DR MED. MAREK WROŃSKI: Teraz już na co dzień niestety nie zajmuję się neuroanestezjologią i neuroonkologią, bowiem po 18 latach pracy w USA, rok temu zdecydowałem się na powrót do Polski, aby walczyć z patologią nauki. Postanowiłem ofiarować coś swojemu krajowi. Lekarzy jest dużo, wprawdzie anestezjologów trochę brakuje, ale tych co walczą z patologią w nauce to w Polsce nie ma.

      R. A.: A co było pierwszym impulsem, żeby się tym zająć?
      Dr M. Wroński: W 1997r. zacząłem szukać artykułów w czasopismach amerykańskich, bowiem chciałem się dowiedzieć jakie prawa ma autor i przy okazji znalazłem masę publikacji na temat nierzetelności naukowej, w tym plagiatów. Buszując w internecie, w amerykańskiej bazie publikacji medycznych PUBMED znalazłem wtedy krótką notkę w języku angielskim, że w Danii czterech polskich naukowców uznano winnych nierzetelności naukowej, bo duńską pracę w języku angielskim przetłumaczyli na polski i jako własną wydrukowali w polskim czasopiśmie. Głównym autorem był profesor Andrzej Jendryczko, biochemik ze Śląskiej Akademii Medycznej. Przypadek ten mnie zainteresował. Kiedy zadzwoniłem z Nowego Jorku do prorektora ds nauki w Katowicach (a wtedy jedna minuta rozmowy kosztowała trzy dolary), to w uczelni powiedziano, że prof. Jendryczko już u nich nie pracuje, sprawa jest zamknięta i nikt więcej nie chciał mi nic powiedzieć. Wtedy za pośrednictwem internetu zacząłem w tym samym PUBMEDZIE przeglądać dorobek naukowy dra Jendryczki. Przypadkowo szukając podobnych do jego prac, system pokazał mi następną publikację, która została opublikowana dwa lata wcześniej, a mimo to abstrakty obydwu prac były identyczne. Zorientowałem się, że to plagiat i zacząłem szukać następnych podobnych streszczeń. W ciągu kilku dni znalazłem kilkanaście bardzo podobnych lub nawet identycznych prac z publikacjami prof. Jendryczko. Później ta liczba powiększyła się do trzydziestu plagiatów, a po roku doszła do 50 skopiowanych prac. W ten sposób zaczęła się moja wielka przygoda z nierzetelnością.

      R. A.: Z pańskich publikacji wynika, że mamy do czynienia z plagiatami nie tylko tymi, które potrafimy sobie wyobrazić jako przeciętni obywatele naszego kraju, czyli plagiatami licencjackimi, magisterskimi, ale także z plagiatami poważnych profesorów. Jak to się stało w Polsce, że dochodzi do takich sytuacji, gdzie profesor zwyczajny publikuje pracę skopiowaną od kogoś albo obszerne fragmenty tej pracy są kopiowane?
      Dr M. Wroński: Przede wszystkim jest niska rzetelność ogółu ludzi w kraju. Jeżeli mogę porównać, a widzę jeszcze cały czas Polskę przez mój wieloletni pobyt w USA, to jednak ogólny poziom rzetelności społeczeństwa amerykańskiego jest o wiele wyższy od rzetelności polskiego społeczeństwa. Sądzę, że ten żywiołowy rozwój szkolnictwa wyższego i wielkie zapotrzebowanie na samodzielnych pracowników naukowych w takich "miękkich naukowo" dziedzinach, jak ekonomia, pedagogika, socjologia, historia, spowodowały, że wiele osób zaczęło szybko próbować zdobywać kolejne stopnie naukowe, w tym robić habilitacje. Robiono to za pomocą słabych, częściowo sfabrykowanych publikacji. Najłatwiej jest obcojęzyczną pracę przetłumaczyć na polski i podpisać własnym nazwiskiem. Z drugiej strony, środowisko akademickie takich naukowych kantów nie potępia. Większość naukowców, nawet jeżeli wie, że ktoś popełnił plagiat, to odwraca głowy i udaje, że to nie jest ich sprawa. W większości, przypadki nierzetelności naukowej nawet jeśli wyjdą na światło dzienne, to są ukrywane w biurkach dziekanów, rektorów. Nawet jeżeli plagiator jest zmuszony odejść ze swojej macierzystej uczelni, to bez problemu znajduje pracę w innej uczelni. Tych w Polsce jest w tej chwili ponad czterysta i każda z przyjemnością przyjmie samodzielnego pracownika nauki.

      R. A.: A proszę powiedzieć jakie kary w Polsce grożą za tego typu przestępstwa i czy one są stosowane powszechnie wobec osób, które się dopuszczają tego haniebnego przecież procederu?
      Dr M. Wroński: Po oburzeniu medialnym jakie nastąpiło po tej wielkiej aferze plagiatowej profesora Jendryczki, który splagiatował pięćdziesiąt prac (!), wprowadzono do prawa w 2000 roku zmiany powodujące, że plagiat jest ścigany z oskarżenia publicznego. Przedtem karalność następowała wyłącznie z oskarżania prywatnego. Oznacza to teraz, że rektor uczelni bądź dziekan, czyli organ jednoosobowy, ma obowiązek powiadomić prokuratora, bowiem plagiat jest przestępstwem. Nadal minusem zapisu prawnego jest to, że odpowiedzialność karna za plagiat przedawnia się w ciągu pięciu lat od chwili jego popełnienia. Natomiast w ustawie w 2005 r. o szkolnictwie wyższym wprowadzono też zasadę, że nierzetelność naukowa nie przedawnia się. I na podstawie tego zapisu pracowników naukowo-dydaktycznych, którzy nawet i piętnaście lat temu popełnili plagiat, w tej chwili można ukarać dyscyplinarnie, poprzez czasowy lub nawet stały zakaz wykonywania zawodu.

      R. A.: Co by pan radził polskim uczelniom, ale także pewnie studentom i osobom, które będą się w mniejszym lub w większym stopniu zajmować pracą naukową, aby tych plagiatów było jak najmniej, aby nauka była maksymalnie czysta, uczciwa?
      Dr M. Wroński: W związku z postępującą olbrzymią digitalizacją wszystkich publikacji, sądzę, że za 10-15 lat większość prac magisterskich, wszystkie doktorskie i inne będą udostępnione w Internecie i jeżeli ktoś dzisiaj popełni plagiat, to za piętnaście lat łatwo to wyjdzie na jaw. A wtedy jeżeli ta osoba będzie zajmować wysokie stanowisko, to musi liczyć się z kompromitacją i skandalem, oraz faktem że spotka ją publiczny wstyd i upokorzenie. Bo jednak w tej chwili zarówno w gazetach lokalnych jak i w centralnych sprawy plagiatów i nierzetelności naukowych, opisuje się. I znajduje to oddźwięk społeczny.

      R. A.: Czyli wcześniej czy później prawda wyjdzie na jaw?
      Dr M. Wroński: Tak. Nawet to jest moje motto: nie plagiatuj, bo ciebie kiedyś złapią.

      R. A.: Rozmawiamy o plagiatach ale na łamach biuletynu lekarskiego, nie mogę więc nie zapytać jak ocenia pan rzetelność naukową tego środowiska?
      Dr M.Wroński: Niestety rzetelność jest niska. Nikt nie sprawdza danych podawanych w pracach klinicznych i doświadczalnych, przełożeni wierzą podwładnym na przysłowiowe "piękne oczy", stąd wiele prac doktorskich i habilitacyjnych jest częściowo po prostu "z sufitu". Metodyka badań jest kiepska, mało kto zna się na statystyce. Zanikła krytyka naukowa, rozpleniło się kolesiostwo wśród profesury, dlatego każdą kiepską pracę doktorską lub habilitacyjną można "przepchnąć" przez prawie każdą radę wydziału.

      R. A.: Jest pan Rzecznikiem Rzetelności Naukowej w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, na czym polega pana praca? Czy bardziej zajmuje się pan pracownikami naukowymi czy też pracuje ze studentami - przyszłymi lekarzami?
      Dr. M.Wroński: Jest to pierwsze tego typu stanowisko stworzone w Polsce przez rektora Leszka Pączka i zapewne jest to nowość także w Europie. Natomiast w uniwersytetach amerykańskich "research integrity officer" to już jest norma. Moja aktywność skierowana jest na razie do pracowników naukowych i jej celem jest zapobieganie kantom naukowym. W serii kilku wykładów, które są indywidualnie dobierane do specyfiki danej kliniki czy też zakładu, przedstawiam konkretne przypadki fałszerstw i plagiatów naukowych z różnych krajów świata, w tym i Polski. Inny materiał przedstawiam kardiochirugom, inny ginekologom i internistom, a jeszcze inny immunologom. Na kolorowych slajdach ukazuję sylwetki wszystkich bohaterów poszczególnych historii, opowiadam jak doszło do odkrycia kantu naukowego, jak wyglądało dochodzenie i jakie były konsekwencje, które łamały kariery ambitnych adiunktów jak i sławnych profesorów. Wprowadzam też amerykańskie procedury postępowania w takich sprawach, jak również doradzam wszystkim tym, którzy mają jakieś wątpliwości. Prowadzę też - jako pełnomocnik rektora ds nierzetelności naukowej - wstępne dochodzenia w wypadku podejrzenia nieuczciwości naukowej. Sądząc po reakcjach moich słuchaczy - obecność rzecznika jest potrzebna, ale efekty pracy będzie można ocenić za kilka lat.

      R. A.: I na koniec naszej rozmowy, nie żałuje pan czasem że w pewnym sensie porzucił medycynę?
      Dr. M.Wroński: Trochę tego żałuję i zamierzam wznowić prawo wykonywania zawodu oraz przypomnieć sobie sztukę znieczulania. Planuję też spróbować wykorzystać moją wiedzę na polu, które w Europie jest określane jako "evidence based medicine".

Biuletyn nr 2008/4 - pismo Okręgowej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Rzeszowie.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004  
Redaktor: serwis@rzeszow.oil.org.pl  
Data utworzenia: 2008-07-29