Strona główna OIL

   


 
Wywiad z dr n. med. Lechem Lipcem, specjalistą urologii, artystą fotografikiem i podróżnikiem

      Eskulap: Proszę nam się bliżej przedstawić.
      Dr Lech Lipiec: Urodziłem się w styczniu 1955 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim. Ojciec był technikiem, pracowałw ówczesnej Hucie im. Marcelego Nowotki, a matka w cukrowni w Częstocicach. Muszę się przyznać, iż stosunkowo wcześnie podjąłem decyzję wyboru zawodu. Kiedy miałem 13 lat (a mój brat lat 10), zmarła na raka nasza mama. Miała 35 lat. Widziałem, jak przez ponad półtora roku zmaga się z ze śmiertelną chorobą, jak się męczy. Kiedy odeszła, postanowiłem ratować w przyszłości ludzi znajdujących się w podobnej jak ona sytuacji. Po śmierci mamy zamknąłem się w sobie i zająłem fotografowaniem. Jeszcze w szkole podstawowej (uczęszczałem do SP nr 6 w Ostrowcu) zakupiłem w roku 1970 Smienę-8. Służyła mi przez rok. Miałem ją ze sobą podczas wycieczki do Kraju Rad, zorganizowanej w ramach wymiany między harcerzami polskimi i pionierami radzieckimi.
      E. Jak znalazł się Pan na tej wycieczce?
      L.L. Była to nagroda za dobre wyniki w nauce. Było nas 10 osób. W Rosji zobaczyłem inny świat. Przekonałem się, iż jest nieco większy niż mój Ostrowiec. A wtedy pokonaliśmy szmat drogi. Najpierw lecieliśmy samolotem z Warszawy do Kijowa. Potem pociągiem przez Charkow, Orenburg do miasta Gaj za Ural. Fotografowałem wszystko, co dało się fotografować, to co mnie interesowało, a interesowało mnie mnóstwo rzeczy. W Rosji kupiłem sobie Feda. Był to już bardziej nowoczesny aparat. Posługiwałem się nim będąc w liceum. Wówczas zająłem się fotografowaniem na dobre. Dawało mi to poczucie wolności, nieskrępowania; mogłem przez dłuższy czas przebywać sam ze sobą. Chodziłem z aparatem po polach, lasach, wsiach regionu Ostrowca i robiłem zdjęcia obiektom, które mnie fascynowały. Były to wtedy pomniki przyrody, zwierzęta leśne i polne a także zabytki architektury wiejskiej i sakralnej. Ta nietypowa pasja odróżniała mnie od rówieśników. Nie ukrywam, że fotografia pozwalała mi widzieć świat lepszym, niż w tym czasie on dla mnie był. Czułem się kimś innym, obdartym z atrybutów młodości. I ten syndrom pozostał mi na bardzo długo. W czasach licealnych sporo czasu spędzałem w towarzystwie dziadków w Częstocicach. W tym czasie poznałem Tadeusza Maja, który w liceum uczył mnie rysunków. Był wówczas świeżo po KUL-u. To był wspaniały nauczyciel, a i przyjaciel zarazem !!!
      E. Wróćmy do fotografowania. Co działo się dalej z Pana pasją?
      L.L. W krótkim czasie zamieniłem Feda na lustrzankę pn. Zenit, bo potrzeby rosły. (Było to w roku 1972). Miałem ambicję stworzenia czegoś wyjątkowego. Lustrzanka pozwalała mi na makrofotografie, na fotografie przyrodnicze. Udało mi się wykonać sporo slajdów kolorowych o tematyce krajobrazowej. W tym czasie zetknąłem się z legendą Pawła Pierścińskiego, uznanego twórcy kieleckiej szkoły fotografii. Prenumerowałem wówczas miesięcznik o nazwie "Fotografie", gdzie w każdym numerze publikowane były jego zdjęcia oraz liczne komentarze. Podczas pobytu w liceum kilkakrotnie udało mi się wyjechać do sąsiadujących z nami krajów tzw. "Demo-ludu": NRD, Czech, Węgier. Z każdej wyprawy przywoziłem oczywiście wykonane tam zdjęcia. Nie rozstawałem się bowiem z aparatem.
      E. Jak widzę, możemy długo rozmawiać o fotografowaniu. Proszę opowiedzieć teraz o studiach i pierwszej pracy.
      L.L. W roku 1974 po zdaniu matury dostałem się na I rok studiów na Wydział Lekarski AM w Lublinie. Studia pochłonęły mnie bez reszty. Bardzo mile je wspominam. Z profesorów na I roku najbardziej utkwiły mi w pamięci wykłady z anatomii prawidłowej prowadzone przez prof. Stanisława Stelmasiaka oraz z biochemii przez prof. Borkowskiego. Muszę powiedzieć, iż nie miałem większych problemów z nauką. Przez pierwsze dwa lata mieszkałem na stancji, od III roku już w akademiku, gdzie poznałem Marka Stankiewicza, z którym razem działaliśmy w Studenckiej Agencji Fotograficznej. On wciągnął mnie także do pracy dziennikarskiej. Dzięki niemu zostałem członkiem Klubu Dziennikarzy Studenckich. Kiedy Marek skończył studia, w roku 1977, zostałem po nim szefem Studenckiej Agencji Fotograficznej Lubelskiej Akademii Medycznej. Do dzisiaj utrzymujemy kontakty towarzyskie. Był na moim ślubie w roku 1979 w Końskich, mieście rodzinnym żony Elżbiety, poznanej notą bene na studiach. Mamy w rodzinnym archiwum wykonane przez niego zdjęcia z tej uroczystości. Rok później, zaraz po ukończeniu przez nas studiów, wyjechaliśmy do pracy do Namysłowa, niedaleko Opola. Tam przepracowałem dwa lata. Trafiłem pod skrzydła wspaniałego lekarza, ordynatora Oddziału Urologii, dr n. med. Zygmunta Zięby. To dzięki niemu poznałem, co to jest urologia. W Opolu w roku 1981 urodziła się córka Agnieszka. W roku 1982 przenieśliśmy się do Końskich. Wkrótce, 28 października w 1983 roku zdałem egzamin na I stopień z chirurgii ogólnej pod kierunkiem dr. B. Pajączkowskiego. Pół roku później, wiosną 1984 roku przychodzi na świat nasza młodsza córka Katarzyna. W międzyczasie, pod koniec 1983 roku, następują przenosiny szpitala do nowego budynku. Postanawiam specjalizować się w urologii, realizując w ten sposób marzenie z okresu pracy w Namysłowie. W latach 1984 - 87 szkolę się więc intensywnie w szpitalu na Czerwonej Górze u dr. Andrzeja Kowalskiego. W roku 1987 jako jeden z najmłodszych, zdaję egzamin II stopnia specjalizacji z urologii.
      E. Co się dzieje dalej?
      L.L. W następnych latach udaje mi się znaleźć sponsorów na zakup sprzętu urologicznego endoskopowego. Dzięki temu zostają utworzone na Oddziale Chirurgicznym łóżka urologiczne, które w roku 1992 zamieniono na Pododdział Urologiczny funkcjonujący przez kolejne lata. Tymczasem w roku 1997 uzyskuję tytuł doktora nauk medycznych na podstawie pracy prowadzonej pod kierunkiem prof. dr. Leszka Jeromina w Akademii Medycznej w Łodzi. W roku 2003 zapada decyzja o otwarciu w Szpitalu im. św. Łukasza w Końskich Oddziału Urologii, z pełnym składem osobowym. Obecnie oddział jest 13 łóżkowy, pracuje na nim trzech specjalistów urologii z II stopniem, i jeden w trakcie specjalizacji. Dysponujemy sprzętem endoskop owym, wykonujemy URS-y, PCNL, elektroresekcje przezcewkowe TUR oraz operacje otwarte.
      E. Tylko pogratulować osiągniętych sukcesów zawodowych i naukowych. Czy poza doktoratem posiada Pan dorobek naukowy?
      L.L. Oczywiście. Nadal do tej pory mam ścisłe związki z Akademią Medyczną w Łodzi i Lublinie. Jestem autorem kilkunastu prac naukowych. Wielokrotnie brałem udział w krajowych sympozjach naukowych, gdzie przedstawiałem własne prace. Brałem także udział w kilkunastu konferencjach zagranicznych. Jako lekarz osiągnąłem zamierzony cel w zawodzie i już nie muszę sobie niczego udowadniać. Wykonałem do tej pory parę tysięcy operacji urologicznych i nadal je wykonuję i to w wymarzonej, bo wybranej, specjalizacji medycznej.
      E. Czyli dr Lipiec spełniony lekarz. A jako fotografik?
      L.L. Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy się cofuąć do urodzin mojej młodszej córki, czyli do roku 1984. Wtedy ja się specjalizuję w urologii. Żona oprócz pracy zawodowej (jako pediatra), zajmuje się domem i wychowywaniem córek. Po dłuższej przerwie (lata 1981-85), wracam do uprawiania fotografii. Za sprawą pani Malasińskiej, ówczesnej szefowej Koneckiego Domu Kultury poznałem podobnych jak ja entuzjastów fotografii: Wiesława Turno i Mariana Kluska. Razem, na przełomie lat 1984/85, założyliśmy Klub Fotograficzny "Atut" przy Koneckiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Zaczynamy organizować wystawy fotograficzne, które cieszą się sporym zainteresowaniem. Na początek prezentujemy ekspozycję: "Końskie w starej fotografii". Robi się pozytywny ruch wokół "Atutu", zaczyna nas popierać coraz więcej zwolenników, szukamy i znajdujemy fundusze, uzyskujemy poparcie władz miasta. Wkrótce, w roku 1987 poznaję osobiście Pawła Pierścińskiego, guru współczesnej fotografii (na zdj. obok w rozmowie ze mną). Przyjechał wówczas do nas, aby poprowadzićspotkanie warsztatowe. Nadal rozwijam się twórczo. W roku 1990 mam w WDK w Kielcach wystawę w technice "gumy" (tę samą wystawę pokazałem w Bielefeld w Niemczech). W roku 1991 kolejna wystawa w kieleckiej galerii (w Domu Rzemiosła na Placu Partyzantów w Kielcach), wysoko oceniona przez fachowców i masmedia, zadecydowała o moim przystąpieniu w roku 1993 do ZPAF-u (Związku Polskich Artystów Fotografików). Pamiętam, iż wprowadzającymi mnie do Związku byli Jerzy Mąkowski i Paweł Pierściński*. Do chwili obecnej zorganizowałem blisko 50 wystaw, ostatnią w roku 2002, z okazji trzydziestolecia mojej pracy artystycznej. Mam w domu od 1997 r. prywatną Autorską Galerię Sztuki Fotograficznej. Nie jest dostępna do zwiedzania. Oglądają ją moi przyjaciele. A na co dzień odpoczywam przy moich fotografiach, ja i moja rodzina.
      E. Czy może nam Pan ją przybliżyć?
      L.L. Moja żona jest pediatrą, obecnie pracuje w NZOZ-ie. Mamy dwie wspaniałe córki; starsza jest biotechnologiem, po studiach w Polsce i Holandii (staże odbywała w Niemczech). Obecnie pracuje w Centrum Onkologii w Warszawie. Myśli o doktoracie. Młodsza jest absolwentką Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Obecnie pisze pracę magisterską. Uzyskała ostatnio grant w Szkocji.
      E. Wróćmy jeszcze do Pana pasji. Z czym wiąże się w Pana przypadku fotografowanie?
      L.L. Myślę, że chyba nie tylko w moim, fotografowanie wiąże się z podróżami, z poznawaniem świata, ludzi, innych kultur, pięknej, różnorodnej przyrody, słowem wszelkiej odmienności i utrwalanie jej, a potem prezentowanie innym. Od młodości byłem łasy wiedzy i poznawania świata i dlatego stosunkowo wcześnie rozpocząłem zwiedzać inne kraje. Teraz, kiedy mam dużo większe możliwości i lepsze warunki, robię to częściej i pełniej. Mogę z całą pewnością stwierdzić, iż dziedziny życia: podróże, fotografia, działalność artystyczna, i medycyna, będące w pewnym sensie swoistymi spektaklami, są jedną wielką lekcją pokory. Ale z tą pokorą nie należy przesadzać. Czasami twórca musi być czupurny, nie może ulegać modzie, powinien mieć własne zdanie, podobnie jak własny styl tworzenia, przekazywania rzeczywistości, operowania, podróżowania... Winien w każdej sytuacji na mapie życia rysować swoją indywidualność... I ja staram się to czynić. A co do podróżowania, rzeczywiście zwiedziłem sporo. Z krajów europejskich nie byłem tylko w Anglii. Mam zaliczone prawie wszystkie kontynenty, łącznie z Australią i Nową Zelandią. Ta ostatnia zrobiła na mnie największe wrażenie. Mentalność tubylców odmienna od naszej, temperamentem przypominają Włochów; są przy tym niezwykle gościnni, otwarci. Ale Nowa Zelandia to przede wszystkim przepiękne krajobrazy i niepowtarzalna przyroda. Nieprzypadkowo w jej plenerach i naturalnej scenerii kręcono film "Władca pierścieni". Jestem także pełen podziwu dla Ameryki i Amerykanów. Byłem w Kalifornii, gdzie podziwiałem m.in. Grand Kanion, i w Atlancie, gdzie modliłem się przy grobowcu Lutera Kinga. I pozostałem pod wrażeniem ogromnej zjawiskowości Ameryki. Ona budzi szacunek. Nie mentalność Amerykanów, sens życia, ale ich perfekcja, sumienność, pokora i przede wszystkim praca imponują. Tam każdy zna swoje miejsce. Wie kiedy, gdzie i co może w danej sytuacji zrobić.
      E. Czego życzyć Panu na najbliższe lata?
      L.L. Spokoju, udanych operacji urologicznych, wystarczającego czasu na realizowanie pasji twórczej oraz duuużo zdrowia i optymizmu. No i także realizacji planów. W przyszłym roku zamierzam odbyć "spacer" po parkach narodowych Kanady i Ameryki. Jest tylko mały problem z wygospodarowaniem czasu. Co do zawodu, kusi mnie praca za granicą, nie dlatego, by się stąd wyrwać, uciec od problemów, ale aby się sprawdzić zawodowo w całkiem innych warunkach. Chciałbym skonfrontować z innymi swoją wiedzę i doświadczenie. Przygotowuję także materiały do własnej strony internetowej.
      E. Co by Pan chciał na koniec powiedzieć czytelnikom ESKULAPA
      L.L. Że to doskonałe uczucie czuć się człowiekiem spełnionym. Jako lekarz, ojciec i mąż, i jako fotografik. Cieszę się, że mogłem i potrafiłem wykorzystać swój czas. E. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Maciej A.Zarębski

*Opinia o sztuce fotografowania dr. Lipca wyrażona przez Pawła Pierścińskiego w katalogu wydanym w roku 200 l, z okazji 30-lecia twórczości artysty: Zdumiewa rozległość oraz jakość artystyczna dzieł i ogrom pracy fotograficznej realizowanej niejako na marginesie pracy zawodowej. Lech Lipiec w tym, co robi, jest profesjonalistą i perfekcjonistą. Swojąpracąfotograficzną udowodnił przynależność do czołowej grupy polskich artystów-fotografików, w której jest godnym reprezentantem fotografujących medyków.

Eskulap Świętokrzyski 2007 nr 10 - pismo Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Kielcach.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020