Strona główna OIL

   


 
Rozmowa z Janiną Jaroszyńską

       Pani Janino, kojarzy mi się Pani nieodmiennie z "Podwieczorkiem przy mikrofonie". Niestety ten program to już tylko historia, a śmieszył nas przecież i bawił przez wiele lat. Jak Pani ocenia ten okres swojej pracy?
      Niezwykle sympatycznie. W zespole panowała wspaniała atmosfera przyjaźni, współpracy, solidarności. Myśmy byli tym pokoleniem, które nie było już zazdrosne o siebie. Nasi poprzednicy cierpieli nieraz okrutnie z powodu większych braw, które dostał kolega. Natomiast myśmy wiedzieli, że jeżeli przede mną wystąpi koleżanka, która się będzie bardzo podobała, to ja wejdę w rozgrzaną, wspaniałą atmosferę, dobrą publiczność. Czyli ona w pewien sposób pracuje na moje konto, nie jest moim wrogiem czy konkurentką. Myśmy np. z Marszelówną tworzyły tandemem. Były oczywiście sympatie i antypatie, jak chyba w każdym zawodzie. Tak to już jest, że z kimś nie wiadomo dlaczego strasznie się człowiek od razu lubi, a zdarza się tak, że chociaż by nieba przychylił, to go nie trawię i już.
      Jakie teksty najczęściej Pani prezentowała?
      To były teksty pisane wyłącznie pode mnie. Fenomen "Podwieczorku" polegał na tym, że występowali w nim naprawdę najznakomitsi artyści i wykonywali skecze, monologi czy piosenki równie wybitnych autorów. Co dwa tygodnie była premiera. Ulica pustoszała, kiedy zaczynał się nasz program. Nie było wtedy jeszcze wszechwładnej telewizji. Pamiętam, że każdy z nas tworzył jakąś postać - Malinowski i Kierownik - cudowna para: Brusikiewicz i Jankowski (obydwaj nie żyją). Jerzy Ofierski - wielka, wspaniała postać, bardzo aktywny, we wspaniałej formie. No była oczywiście "Marszelówna do tablicy". Marszelówny nie mogę odżałować, to było cudo nie koleżanka. To był tak niezwykle wspaniały, dobry człowiek. Kalina Jędrusik, którą ogromnie lubiłam, ceniłam - niezwykłej inteligencji i urokliwości człowiek. Tyle osób jest już po tamtej stronie. Z ogromnym wzruszeniem z archiwalnych nagrań Polskiego Radia słuchałam swoich pierwszych monologów. Znalazłam skecze z Adolfem Dymszą, ze Stefanem Witasem, który dzięki Bogu żyje. Jest w tak niezwykle wspaniałej kondycji. Stefan jest fantastyczny. Utrzymujemy kontakty. Ma zresztą kapitalną rodzinę, żonę Kasię, córkę Magdę, zięcia Tomka. Spotykamy się bardzo często. I nie odczuwamy upływającego czasu. Tak jakby wczoraj był "Podwieczorek", a dzisiaj się spotykamy. Teksty pisał znakomity Jerzy Baranowski i Roman Sadowski. Roman Sadowski był głównie poetą i pisał teksty piosenek m.in. "Hiszpankę z Guiery", z którą objechałam pół świata i do tej pory jeszcze ludzie pękają ze śmiechu, jak ją śpiewam. Jerzy Baranowski pisał głównie skecze, monologi, on stworzył Luśkę, Malinowskiego i Kierownika, on pisał głównie teksty z cyklu "Marszelówna do tablicy". To był nie zwykle utalentowany autor. Dla mnie stworzył cały serial "Proszę Koleżeństwa". Potem pisał tez teksty Zenon Wiktorczyk.
      A jak wspomina Pani swoje trasy koncertowe?
      Na pewno ten charakter pracy wymaga dużej odporności fizycznej i psychicznej, ale o kłopotach i niedogodnościach szybko się zapomina, a zostają same miłe wspomnienia.
      Jak spędzaliście Państwo czas po koncertach?
      To zależy jakie towarzystwo się dobrało. Byli ludzie, którzy po programie chcieli być sami, a były takie duchy niespokojne, które potrzebowały jeszcze dyskusji, czasami nawet ostrych. Były takie zespoły, z którymi lubiło się kolacyjki po koncertach. Często rozmowy trwały do rana.
      Które z koncertów najbardziej utkwiły Pani w pamięci?
      Najfantastyczniejsze były wyjazdy do Stanów. Wyjeżdżaliśmy na pięć tygodni. Obecnie też jeżdżę często do Stanów, ale są to wyjazdy do Chicago i Nowego Jorku. Wcześniej jeździło się po całych Stanach. W tamtych czasach Wojewódka dbał o całą Polonię. W którymś momencie znaleźliśmy się nawet na Hawajach. Całe życie mówiłam, że chciałabym wysłać pocztówkę - Pozdrowienia z pięknych Hawajów i mówiłam to na zasadzie, że to jest taka utopia, która po prostu nigdy w życiu nie może się zdarzyć. I nagle jest taki moment, że jesteśmy w Los Angeles i impresario mówi nam, że lecimy na tydzień na Hawaje. W Boże Narodzenie byliśmy w Vancouver, sylwester w Hollywood, a Nowy Rok w Las Vegas. To była przygoda zupełnie nieprawdopodobna. Trzech Króli, a my leżymy na plaży, ze świeżą czerwoną opalenizną.
      Jest w Pani tyle ciepła i optymizmu, mimo kłopotów zdrowotnych, jakich Pani w ostatnich miesiącach doświadczyła. Jakie są Pani odczucia i doświadczenia jako pacjentki?
      Rzeczywiście, w ostatnim czasie byłam zmuszona korzystać z usług służby zdrowia. Nie lubię pojęcia służba zdrowia, bo to takie bezosobowe, a ja przecież zawdzięczam zdrowie konkretnym ludziom, najpierw tu w Polsce, a potem w Szwarzwaldzie - w Niemczech. Znalazłam się tam za sprawą moich przyjaciół - rodziny Kwiatków, pochodzących z kieleckiego. Tak, że jak myślę o swoich kochanych Kwiatkach, to od razu widzę Góry Świętokrzyskie. Trafiłam w Szwarzwaldzie do szpitala katolickiego sióstr Elżbietanek. To jest świetny szpital. To co było fantastyczne, że zanim doszłam do swojego pokoju, to miałam już zrobione wszystkie podstawowe badania: laboratoryjne i obrazujące. Szło to taśmowo. Operacja była już po dwóch dniach. Uderzał ogromny szacunek do człowieka, do pacjenta. W Polsce jedynie pani profesor, ordynator w renomowanej klinice wita się i przedstawia wchodząc do sali chorych. Tam robi to każda pielęgniarka. Przychodzi, wita się, przedstawia, mówi kim jest i pyta, w czym może pomóc, potrzyma chorego za rękę, zapyta jak się czuje. Ten zwykły uścisk ręki ma ogromne znaczenie dla chorego człowieka. Nie pozostaje w swojej chorobie samotny. Następnego dnia siostra już pamięta jak się nazywa każdy pacjent, pyta, jak minęła noc. W momencie, kiedy człowiek znajduje się w szpitalu, wszystko co jest na zewnątrz przestaje się liczyć. Istnieje tylko rzeczywistość szpitalna i każda postać, która się tu pojawia staje się kimś bliskim, komu zawierzamy to co najcenniejsze - zdrowie i życie. Podobnie zachowują się lekarze. Nie odczuwa się, że są zdenerwowani, przepracowani, chory jest dla nich podmiotem, a nie przedmiotem. Pamiętam moment, kiedy przyszły moje wyniki histopatologiczne operacyjne i okazało się, że Pan Bóg nade mną czuwa i daje mi szansę na dalsze życie. Najbardziej wzruszyło mnie wtedy nie to, że ze mną jest w porządku, tylko ta radość w oczach lekarzy. Lekarze swoim właściwym podejściem do chorego zdejmują z niego napięcie, jakie niesie choroba, obawę o jutro. Ja im do końca życia będę ogromnie wdzięczna, że zrobili operację perfekcyjnie. Aż żal, że nie mogę chodzić po scenie i pokazywać, jak to wszystko się pięknie pogoiło.
      Najbliższe plany?
      Na razie rekonwalescencja. Ale się bardzo ucieszyłam, kiedy miesiąc temu, po powrocie ze Szwarzwaldu, bezpośrednio po przyjeździe z lotniska, nieomal w drzwiach odebrałam telefon od impresaria w Ameryce z propozycją koncertu 17 lipca. Niestety, musiałam odmówić, chociaż zdarza mi się .t6 rzadko, jeżeli w ogóle. Bo w tym zawodzie tak jest, że artyści umierają stojąc. Ale czułam, że wchodząc na scenę, gdzieś w sobie, w oczach, wniosę cierpienie. A nie mam prawa, bo ludzie oczekują ode mnie, że to ja zniosę ich napięcie. We wczesnej mojej młodości, kiedy debiutowałam, miałam taki sympatyczny koncert w Instytucie Reumatologii na Spartańskiej w Warszawie. Po koncercie wieczorem dzwoni do mnie pani dyrektor i mówi - Pani Janeczko, wieczorem na obchodzie nie było chorych! Skomentowałam, że to pewnie na jej widok wszyscy zdrowieją. A ona na to powiedziała słowa, które zapamiętałam na całe życie - Moje dziecko, ja często tak niewiele mogę im pomóc, ty leczysz uśmiechem. Słowa te towarzyszyły mi przez całe życie.

Dziękuję za rozmowę Rozmawiał Maciej A. Zarębski

Eskulap Świętokrzyski 2006 nr 1 - pismo Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Kielcach.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004  
Redaktor: serwis@kielce.oil.org.pl  
Data utworzenia: 2006-02-03