Strona główna OIL

   


 
Zjawiska niezwykłe we wspomnieniach

Stanislawa Szwarca-Bronikowskiego
      Naukowcy, już od dawna, opisywali polinezyjski obrzęd chodzenia boso po rozpalonych kamieniach lub gorących węglach (filmową tego relację zarejestrował m.in. Leonid Teliga na Oceanii podczas swego rejsu wokół globu).
      Najsilniejsze jednak wrażenie robią podobne kultowo-magiczne praktyki na Bałkanach, połączone z religijnymi ceremoniałami prawosławia. Występują one w greckiej Macedonii (tak zwane anastenarie), a także - w bułgarskiej Tracji (nestinarki), gdzie kiedyś czerwone władze najpierw uniemożliwiły mi robienie zdjęć jako zabobonu, który już zaginął", a w parę lat później bułgarska ambasada sama mnie do tego zachęcała (chyba ze względu na chęć zareklamowania nestinarek jako atrakcji turystycznej).
      Sam obrzęd chodzenia po gorących węglach pochodził ze wschodniej Tracji, gdzie w zapadłych wsiach trwał już od tysiącleci. Anastenarie przyjęły w średniowieczu (wraz z odmiennym religijnie uzasadnieniem) cerkiewno-bizantyjskie rekwizyty. Cel magiczny pozostał chyba ten sam: pozyskanie względów boga oraz zapewnienie pomyślności ludziom, zwierzętom i plonom, czego orędownikiem był Dionizos. Chrześcijańska wersja pochodzenia anastenarii głosi, że w czasach pożaru kościoła w X wieku osoby ratujące ikony pierwszy raz bez bólu stąpały po rozżarzonych węglach. Cudowna moc przeszła na następne ich pokolenia i ujawniła się teraz podczas dorocznych anastenarii. Zawsze rankiem 21 maja uroczystości otwiera krwawa ofiara z jagnięcia, którego mięso zostaje podzielone między obecnych. Potem uczestnicy rytualnego tańca udają się do izby z ikonami. Najważniejsza jest tam cudowna ikona z wizerunkiem świętych patronów tego dnia: Konstantyna i Heleny. Ona stanowi właśnie ów średniowieczny rekwizyt włączony do starożytnego zwyczaju. Przy dźwiękach fletu, tamburynu oraz gęśli rozpoczyna się szaleńczy taniec, trwający godzinami. Doprowadzeni do stanu graniczącego z ekstazą, wierni idą z ikonami i orkiestrą do miejsca, gdzie z dopalającego się stosu uformowano właśnie warstwę gorących węgli. Tancerze, oddając pokłon ikonom, całują je. Muzyka się wzmaga, podniecenie widzów rośnie, bo oto bosi tancerze spokojnie rozpoczynają spacer i pląsy po warstwie rozżarzonych węgli. Osłupienie widzów! Bo czy człowiek może siłą wewnętrznego napięcia, jakiejś autosugestii, zawiesić naturalne procesy związane z prawem fizyki, z działaniem żaru, który wszędzie i zawsze niszczy tkanki zbudowane z białka? Bezsporny fenomen...A może to po prostu tajemny kultowokuglarski efekt, od wieków przekazywany przez tradycję?
      Jakiś lekarz próbował bosą stopą oprzeć się na węglach i poparzył ją dotkliwie, a położony tam przez niego pirometr skoczył natychmiast do 200 stopni Celsjusza. Chodzenie po węglach drzewnych trwało godzinę, aż do wygaśnięcia żaru. Przez trzy dni uczestnicy wznawiali swój ekstatyczny taniec, zakończony na pogorzelisku po świeżym stosie. Czy tancerze zgoła nie odczuwają gorąca i bólu? Na pytanie zgodnie odpowiadali: "czułem zawsze chłód stopy, jakby ktoś polewał mi nogi zimną wodą". Mnóstwo domysłów przebiega przez głowę, lecz żaden nie ma przekonywującej siły. Odbiera się to jak policzek wymierzony logice. Wśród różnych bezsilnych wersji, mających zastąpić naukowe wyjaśnienie, którego na razie brak (lub którego nie znam), powtarza się i ta, że człowiek w stanie katalepsji, auto hipnozy, może dokonywać najdziwniejszych i niezrozumiałych rzeczy. To oczywista bzdura. Ale gdzie szukać prawdy? Sami tancerze ognia, ludzie zupełnie prości i bezpośredni, informują szczerze, z przekonaniem: "Nasz święty patron, Konstantyn, ochrania nas".
      Podobne elementy starych magicznych praktyk ujrzeć można na Cejlonie, zwłaszcza w czasie fanatycznej procesji z zębem Budd, w mieście Kandy. Niezależnie od obrzędów w świętym mieście - często po modnych turystycznie rejonach Cejlonu wędrują zawodowe trupy prezenterów z jeszcze bardziej szokującym programem: połykanie ognia, "smarowanie" ciała płonącym łuczywem, zawieszanie się na hakach wbitych w skórę pleców oraz, podobne do anastenarii, chodzenie po rozżarzonych węglach. Te widowiska dla bogatych turystów nosiły charakter wręcz cyrkowy, do cna pozbawiony mistycyzmu.
      Praktykom fanatycznych wyznawców zwykle towarzyszyły autentyczne wędrówki przez ukryte pokłady własnej psychiki, przez zalegające podświadomość praobrazy (może zakodowane u zarania rodzaju ludzkiego). Jednostajny rytm bębna oraz pomruk zaklęć powodują rodzaj senności i blokadę tak zwanych-wyższych ośrodków mózgowych. Podobne zjawiska, wywoływane monotonią bodźców, są znane zarówno w medycynie lotniczej lub kosmicznej, jak i z praktyk różnych sekt religijnych, w których tańczący popadają w stan nieprzytomności lub ekstazę. Na przykład wielu szamanów osiąga katalepsję, doznaje wizji, nawet bez spożywania środków halucynogennych. Wystarczy długotrwały rytm bębna. Wszędzie na świecie stare magie wtapiają się w rytuał nowych religii, a także nowych form kulturowych.
      Magia, wygaszona w czasach nowożytnych, wróciła w czasach fin de siec1e'u i nadal pod tysiącami synkretycznych "przebrań" zyskuje gorliwych wyznawców. Ożyły "kulty opętania", zaklęcia, tajemne praktyki oraz wiara w moc czynienia cudów. Zjawisko to wyraźnie przybiera na sile w związku z kryzysem różnych systemów wartości naszej współczesnej cywilizacji.

Wysłuchał MAZ

Eskulap Świętokrzyski 2004/6 - pismo Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Kielcach. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020