Strona główna OIL

   


 
Sensacje XX wieku

Himalajska tajemnica Wandy Rulkiewicz
Zbigniew Święch ujawnia sekrety zdobywczyni Mt. Everestu


      Zaskoczył i zafascynował mnie fakt, że Wanda Rutkiewicz - ponad 25 lat temu - zdobyła Mt. Everest akurat w dniu, w którym Karol kardynał Wojtyła zasiadł na tronie Piotrowym. Nawiązałem z nią kontakt telefoniczny i od stycznia do czerwca 1979 roku z jej udziałem w roli głównej, realizowałem w Krakowie dla programu I TVP cykl "Góry, dżungle, pustynie". Wanda zdecydowanie wyróżniała się wśród gości programu urodą i piękną polszczyzną. Zaprzyjaźniłem się z nią, a następnie jej matką, panią Marią Błaszkiewiczową. W latach 1982-1990 pracowałem na Wawelu jako dokumentalista (przygotowując jednocześnie cykl książkowy "klątwa, mikroby i uczeni.), w połowie lat osiemdziesiątych moim gościem kilkakrotnie była matka Wandy (pochodziła ze Żmudzi) . szczególnie interesowała się ... czakramem wawelskim. Chodziliśmy wspólnie do kaplicy Św. Gereona (jako pracownik miałem dostęp do kluczy); pani Maria Błaszkiewiczowa wiedziała, czym się zajmuję i wielce mi pomagała w zbieraniu materiałów (jest wszak kopalnią wiedzy nt. tajemnic Wschodu), a na dodatek podsunęła myśl, abym poszedł tropem zaginionego maszynopisu książki Marii z Rudzyńskich Arcimowiczowej, drukowanej (1939) w Wilnie. Jej nakład zniszczono w drukami - ale może zachował się choć jeden egzemplarz? Książkę napisała w języku litewskim - dotyczyć ona miała ... klątwy Jagiellończyka lub Jagiellonów, w zestawieniu z klątwą Tutenchamona. Maria Arcimowiczowa była egiptologiem, parokrotnie odwiedzała Egipt, napisała m.in. ksiażki "Egipskie hieroglify" (1932) oraz "Grób Tutenchamona i pomniki Teb" (1933). Proszę zwrócić
      uwagę, że w latach trzydziestych ub. wieku Wilno było zelektryzowane tajemniczą serią zgonów (w katedrze odnaleziono szczątki królów zaginionych, a na murze kaplicy ostrzeżenie - klątwę fundatora, Kazimierza IV Jagiellończyka! - piszę o tym obszernie w t. II zatytułowanym "Wileńska klątwa Jagiellończyka"). Co ciekawe - Arcimowiczowa zajmowała się również naj starszą historią Litwy, opowiadając o tradycji klątwy w pogańskiej Litwie wobec tych, którzy naruszali wieczny spokój książąt i wodzów, rozkopując ich kurhany. Myślałem - czyżby to była wielka klamra dziejowa między egipską Doliną Królów a Rzeczpospolitą Obojga Narodów? Niestety, nie udało, się - dotąd - odnaleźć zaginionego działa Marii Arcimowiczowej, ale będę szukał nadal.
      Wielokrotnie odwiedzałem Wandę Rutkiewicz w jej warszawskim mieszkaniu, często zastając tam jej matkę (przyjeżdżała z Wrocławia). Pani Błaszkiewiczowa zwykle zajęta była stawianiem pasjansa lub kabałą. Uwielbiałem te rozmowy o "wiedzy tajemnej, wsłuchując się w uroczy zaśpiew żmudzki matki Wandy. Nawet żartowałem, że kiedy ZSRR trafi zasłużony szlag, to z Wandy zrobimy gubernatora Żmudzi.
      Wanda urodziła się zaledwie 5 dni przede mną ( 4 lutego 1943 roku) - ilekroć w pierwszej dekadzie lutego byłem w Warszawie, zapraszałem ją na wspólny urodzinowy obiad dwojga Wodników do wilanowskiej "Kuźni". Tak było do bodaj 1990 roku. Chyba wtedy, lub rok wcześniej, zauważyłem podczas rozmowy, iż Wanda - inaczej niż dotychczas - zamiast serdeczności i wręcz żywiołowych reakcji - była osowiała i jakby nieobecna. Zaniepokojony, zwróciłem jej uwagę, aby nie ryzykowała wychodzeniem ponad 7 tys. metrów bez tlenu, bo to musi odbijać się negatywnie... Zamiast odpowiedzi "na temat", niespodziewanie usłyszałem coś w tym rodzaju:
      - Gdybym za którymś razem nie wróciła z Himalajów, nie martw się. Może zejdę do któregoś z klasztorów...
      - Ale czy tam aby przyjmują baby? - próbowałem rozładować sytuację.
      - To już nie twoje zmartwienie odparła.
      Gdy w połowie maja 1992 roku dotarła wiadomość, iż Wanda z Himalajów nie powróciła, pierwsze skojarzenie dotyczyło tej właśnie rozmowy. Zwierzyłem się z tego Romie Habowskiej, mojej wydawczyni; gdy przygotowywaliśmy 500-lecie zgonu Kazimierza Jagiellończyka w Uniwersytecie Jagiellońskim i katedrze wawelskiej, a także wileńskiej.
      Kilka lat później odwiedził nas w Krakowie mój wielki Kolega z The Explorers Club, a przede wszystkim kolega Wandy - nieżyjący już Andrzej Zawada i podczas wspólnej kolacji opowiedział o swojej niemiłej (i jak się okazać miało - niezręcznej) misji u Marii Błaszkiewiczowej.
      - Jako delegat Polskiego Związku Alpinizmu poszedłem do matki Wandy i powiedziałem: Pani Mario, z największym smutkiem muszę zakomunikować, że Wanda z g i n ę ł a w Himalajach...
      - Na jakiej podstawie pan to mówi? - ofuknęła mnie Błaszkiewiczowa. Znaleźliście jej ciało? Dopóki nie będzie potwierdzenia, dla mnie Wanda żyje!
      I Andrzej opuścił mieszkanie zmieszany. Potem w prasowych wywiadach Maria Błaszkiewiczowa potwierdzała to stanowisko. I cały czas czekała na Wandzię w jej mieszkaniu. Przed kilkoma laty (chyba to było w 1999 roku), oboje z Romą Habowską złożyliśmy wizytę mamie Wandy przy Sobieskiego w Warszawie. Przyjęła nas nadzwyczaj serdecznie. Opowiadała, że w każdej chwili, podczas poprzednich wypraw, zawsze wiedziała, z dokładnością godziny, w którym miejscu czy obozie znajduje się Wanda. Przed wyjazdem nasza himalaistka zawsze pozostawiała jej dokładny swój "rozkład jazdy".
      - Coś dziwnego stało się tym razem - dodała.
      Wówczas opowiedziałem jej o naszej ostatniej rozmowie w wilanowskiej "Kuźni". Wcale nie wyraziła zdumienia. Oznajmiła wręcz, że tę ewentualność serio bierze pod uwagę. Tą wersją zdarzenia wydawała się wręcz być uspokojona.
      Przypomniałem sobie, iż podczas ostatniego pobytu u Wandy w domu (gościłem ją wcześniej po wielokroć w Krakowie, lubiła spać przy kominku, bo to była namiastka schroniska), pokazała mi - montowany właśnie - swój film z himalajskiej wyprawy, w której zginęło kilkoro jej uczestników. Film był oparty równolegle na dwóch płaszczyznach: samej ekspedycji (pokazywała osoby, beztroskie a nawet wesołe, które w chwilę lub dzień później już nie żyły)... a drugi plan - przemiennie - to msza św. żałobna za ich dusze! Pamiętam, powiedziałem wtedy Wandzi:
      -Czy nie czas już, żeby się wycofać?
      Obiecała, że już niedługo o tym pomyśli, a nawet dodała, że "wreszcie wspólnie pójdziemy na Rysy - bo tam akurat nas jeszcze nie widzieli" i dorzuciła: "wreszcie też zacznę przyjeżdżać na Studzionki w Gorcach, gdzie wynajmujesz od lat piękny pokój z werandą i widokiem panoramicznym na Tatry". Niestety, te plany nie zostały zrealizowane.
      Kiedyś Wanda zwierzyła mi się, że pisze książkę o zdobyciu Mt. Everestu. Wręczyła teczkę z dwoma pierwszymi rozdziałami, mówiąc:
      - Jako polonista oceń, czy to jest coś warte.
      Szybko, przy niej, przeczytałem tekst. Był znakomity! Nawet jej powiedziałem, że ma hemingwayowski język, bo posługuje się jednym, ale jakże trafionym przymiotnikiem, nie mając żadnych skłonności do barokowych opisów. Kiedy zamknąłem teczkę, zobaczyłem napis: "Mój Everest - Twój Everest". To ma być tytuł, Wandziu?
      - No, roboczy.
      - To nie jest dobry tytuł, mało "witrynowy" .
      - Wymyśl lepszy - burknęła nieco urażona.
      Spojrzawszy w sufit, doznałem olśnienia i zaproponowałem:
      - "Wyżej tylko niebo".
      - Rzeczywiście lepszy - rzekła i zapisała go w swych notatkach.
      Jej książka o zdobyciu Everestu 16 października Roku Pamiętnego 1978 nigdy się nie ukazała, ale ten tytuł wykorzystałem w aneksie do swej książki "Budzenie wawelskiej pani królowej Jadwigi" (w ostatnim wydaniu) opisując, jak udało mi się doprowadzić do spotkania "na szczycie" Wandy Rutkiewicz z Janem Pawłem II podczas jego pierwszej wizyty w Ojczyźnie (1979) - uczestniczyłem w tym spotkaniu, w Pałacu Biskupów Krakowskich. Była to bodaj jedyna audiencja prywatna, podczas której Wanda wręczyła Papieżowi kamień z najwyższej góry Ziemi.
      Teraz ujawniam nieznane fakty i związane z nimi skojarzenia, które są jedynie hipotezą. Pytania nasuwają się same: jak dalece fascynacja matki filozofią i religiami Wschodu, zwłaszcza Tybetu i Indii, mogła wpłynąć na ewentualną decyzję Wandy? Jeśli tak postąpiła, to dlaczego nie zawiadomiła swej matki, powiększając jej niepewność i cierpienie. A może list nie dotarł? Może Wanda straciła pamięć, bo tylokrotnie narażała swój mózg na niedotlenienie? To ostatnie wydaje się być całkowicie realne, zwłaszcza w świetle badań i publicznych wypowiedzi wybitnego psychiatry, wspinacza, naszego klubowego kolegi, profesora Zdzisława Ryna. Przestrzega on tych wszystkich, którzy bez tlenowych aparatów - bo taka akurat panuje lekkomyślna moda - zdobywają ośmiotysięczniki.
      Dlaczego zdecydowałem się o tym napisać? Również dlatego, aby wszystkim, którzy Wandę podziwiali i uwielbiali, w tej liczbie i niżej podpisany dać iskierkę nadziei.
      Jak dotąd - dobra ani ostatecznie zła - wiadomość do Polski w sprawie tajemniczego zaginięcia Wandy Rutkiewicz w Himalajach, nie dotarła...

Zbigniew Święch

Eskulap Świętokrzyski 2004/6 - pismo Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Kielcach. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020