Strona główna OIL

   


 
Życie z sensem

Wywiad z Janem Curyło -
lekarzem Wiejskiego Ośrodka Zdrowia w Kleczanowie.

      Jest Pan związany z Kleczanowem. Dlaczego wybór padł właśnie na Kleczanów?
      Pochodzę z Kielecczyzny. Urodziłem się we wsi Ciszyca Dolna w gminie Tarłów, w rodzinie chłopskiej. Z domu wyniosłem przywiązanie do ziemi rodzinnej, tradycji oraz wartości chrześcijańskich. Po ukończeniu szkoły podstawowej w rodzinnej wsi i liceum ogólnokształcącego w Solcu n. Wisłą, zostałem w roku 1963 studentem Wydziału Lekarskiego AM w Łodzi. Po uzyskaniu dyplomu pracowałem początkowo w Księżomierzu (lubelskie), gdzie równocześnie odbywałem staż. Rozpocząłem specjalizację z medycyny ogólnej. Wiosną 1974 trafiłem do Ośrodka Zdrowia w Kleczanowie i pozostałem tu do dziś. W tym samym roku zmieniłem stan cywilny. Moja żona Urszula jest pielęgniarką. Pracuje ze mną przez cały czas i dzielnie mnie we wszystkich moich inicjatywach wspiera. Tworzyliśmy tę placówkę od podstaw. Wszystkie drzewa wokół ośrodka sadziłem osobiście, sam malowałem płoty, tworzyłem parking, przywoziłem meble. Od początku czułem się tu gospodarzem, a nie tylko etatowym pracownikiem. Mogę nawet powiedzieć, że rozwijałem się wraz z ośrodkiem, ponieważ w międzyczasie uzyskałem specjalizację z medycyny ogólnej.
      Wiele dobrego słyszałem o kierowanej przez Pana placówce. Mówi się o Panu, że ma Pan coś z doktora Judyma, ale także coś z Boryny, taki chłopski uparty twardziel, który wie czego chce i osiąga cel
      Kiedy podejmowałem pracę w Kleczanowie, nie istniała jeszcze instytucja lekarza rodzinnego. A mnie się marzyło być takim właśnie lekarzem. Chciałem, żeby moi pacjenci zwracali się do mnie nie tylko w sytuacji zagrożenia, kiedy trzeba było interweniować, ale także z problemami niekoniecznie medycznymi, które w konsekwencji rzutują jednak na zdrowie człowieka. Chciałem poznać moich podopiecznych, ich rodziny, troski, dotrzeć do każdego domu. Uważam, że lekarz może wtedy uważać się za spełnionego w swym zawodzie, gdy leczy zarówno ciało jak i duszę, jest nie tylko terapeutą, ale i powiernikiem, doradcą. Mieszkańcy wsi pamiętają czasy, gdy lekarz pomagał we wszystkim. I ja chciałbym właśnie kultywować taką tradycję. Dlatego nie przestrzegam skrupulatnie godzin pracy. Jestem osiągalny o każdej porze. Na wizyty wzywają mnie nawet w godzinach późno wieczornych. Nie odmawiam i nie wyłączam telefonu. W moim rejonie pacjenci rzadko wzywają karetkę Pogotowia Ratunkowego.
      Tak, wszystko się zgadza. Przed laty pisano o Panu: ("Walka młodych" nr 44 Z 29 X 1978) "Pacjenci doktora Curyło mają do niego pełne zaufanie, jest zawsze pierwszy i na czas przy chorym, w świątek, piątek i w słotę, różnymi środkami lokomocji, traktorem, a nawet wierzchem na koniu. Doktor Curyło, przyjmuje pacjentów przed i po południu, ale faktycznie to przez całą dobę". I nieco dalej dziennikarz kryjący się pod pseudonimem AGA, napisał ,,żyć to żyć z sensem wśród ludzi, taką receptę wypisał dr Curyło sam sobie" (stąd tytuł). Jak to jest z tym sensem życia wśród ludzi?
      No cóż, nadal uważam, że jest to jedyna słuszna dewiza. Staram się jej przestrzegać. I jestem przekonany, że się opłaca. Sens życia to nie tylko dobrze wykonywany zawód. To za mało. Z moimi pacjentami, a właściwie sąsiadami, zrobiłem wspólnie sporo. Nie tylko urządziłem ośrodek, którego nie muszę się wstydzić, ale także jako radny od wielu lat (początkowo gminny, ostatnio powiatowy) udzielałem się społecznie. Społecznikiem byłem już na studiach. Działałem w ZMW, organizowałem "białe niedziele", prowadziłem tzw. szkoły zdrowia. Ta praca na rzecz środowiska wiejskiego nauczyła mnie wiele. Nabrałem większego szacunku do ludzkiej pracy i przekonania, że wspólnie można wiele zdziałać. I że warto.
      Wiem, że sporo Pan podróżował Czy te zagraniczne wojaże służą również w jakiś sposób pracy na rzecz środowiska?
      Byłem kilka razy za granicą. We Francji (1979) i Niemczech (1989) oraz przez dwa lata (1985-1987) w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Przebywałem tam na typowych "saksach", po prostu dorabiałem jako pracownik fizyczny. I wcale się tego nie wstydzę. Podczas pobytu w danym kraju, nie tylko zarabiałem, ale sporo podróżowałem. Starałem się poznawać mentalność tubylców, obserwowałem miejscowe obyczaje, uczestniczyłem w tradycyjnych regionalnych świętach. Dzięki temu nauczyłem się szacunku do innych narodów. Podziwiam np. Niemców za legalizm, za niezwykłą odpowiedzialność, za przywiązanie do tradycji. Francuzów można stawiać za wzór przywiązania do symboli narodowych. W Stanach zaś nauczyłem się jak należy organizować pracę. W Chicago pracowałem przez pewien czas w Domu Starców. Przechodziłem badania wstępne. Miałem więc kontakty z tamtejszą służbą zdrowia. Mogę tylko powiedzieć, że jest świetnie zorganizowana. Zwiedzałem największy w mieście szpital, prowadzony przez siostry zakonne. Spotykałem się także z lekarzami z Polski. Co do refleksji związanych z podróżami, to z każdego mojego zagranicznego pobytu wracałem w przeświadczeniu, jak wiele jest w Polsce do zrobienia. I jak wiele zależy od nas samych, od naszego zaangażowania, co oznacza praca dla innych i jak ona może pozytywnie wpływać na sens ludzkiego życia. A nade wszystko, że to się opłaca.
      Jak wygląda organizacja pracy w Ośrodku Zdrowia w Kleczanowie?
      Pracujemy w ramach Gminnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej. Tworzą go dwa ośrodki zdrowia: w Kleczanowie i w Świątnikach. Kierownikiem jest kol. Rosiński ze Świątnik. Ja jako radny nie mogłem pełnić tej funkcji, ale doskonale się rozumiemy. W Kleczanowie mam pod opieką trzy tysiące osób. Przeciętnie przyjmuję ok. 50 pacjentów dziennie, w tym kilka wizyt domowych, praktycznie pełnię opiekę całodobową. Pracuję rzeczywiście dużo, ale z gratyfikacji jestem zadowolony. Zresztą, nie mam wygórowanych wymagań. Oprócz mnie zatrudnione są trzy pielęgniarki i lekarz pediatra. Mamy zabezpieczoną opiekę stomatologiczną. Od dwóch tygodni funkcjonuje apteka. Robimy na miejscu podstawowe badania analityczne jak: morfologię, OB, mocz, cukier, cholesterol i trójglicerydy. Sytuacja ekonomiczna jest w moim ośrodku stabilna. Nie mamy żadnych zadłużeń.
      A co Pana zdaniem jest do zrobienia na wsi jeśli chodzi o sprawy zdrowotne?
      Na wsi przywiązuje się za małą wagę do badań profilaktycznych. I na tym polu jest wiele do zrobienia. W mieście jest ona niejako z urzędu narzucona, a tu na wsi nie ma tradycji badań profilaktycznych i trzeba dopiero tę tradycję upowszechniać. Co do alkoholizmu, to stanowi on poważny problem wśród społeczności wiejskiej. Ale w Kleczanowie mam z tym spokój. Tu nie spotyka się ludzi pijanych, zataczających się. W zasadzie nie mam zarejestrowanych alkoholików. Właściciele sklepów z alkoholem notują stałe zmniejszanie ilości sprzedawanego alkoholu. Ludzie znają umiar i nieskromnie muszę powiedzieć, że jest to poniekąd spora moja zasługa.
      Wiem, że oprócz Ośrodka Zdrowia ma Pan jeszcze inny powód do dumy. Jest nim Towarzystwo Przyjaciół Wsi Kleczanów, które założył Pan w 1987 roku.
      Myślę, że dobrze służy ono społeczności lokalnej. Organizuję spotkania z ciekawymi ludźmi. Byli tu: Adam Bień, Wojciech Żukrowski, Zbigniew Święch, prof. Wincenty Kawalec. Z mojej inicjatywy zespół archeologów z W-wy pod kierownictwem prof. Buko, prowadził w latach 1989-1992 w Kleczanowie i okolicy badania naukowe. Ich efektem jest monografia miejscowości. Muszę w tym miejscu powiedzieć, że mam osobiste osiągnięcia. Odkryłem amforę sprzed 5 tys. lat, przez co uzyskaliśmy dowód, że istniało tu życie już w tym czasie. Od szeregu lat wydajemy pismo regionalne o nazwie "Gazeta Kleczanowska". Działa tutaj założone przed trzema laty Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Koreańskiej. Chodzi o Koreę Północną. Z tej okazji gościliśmy niedawno pracowników Ambasady Korei Północnej w Warszawie. W ubiegłym roku na praktyce u naszych gospodarzy przebywała grupa rolników koreańskich. Sporo się więc dzieje u nas i mam w tym swój udział.
      Wcześniej już było wspomniane, że działa Pan również w samorządzie lokalnym.
      Przez trzy kolejne kadencje byłem radnym w Radzie Gminy w Obrazowie (12 lat), obecnie działam w Radzie Powiatu w Sandomierzu. Startowałem z listy PSL i uzyskałem największą liczbę głosów. Jestem w Komisji Rewizyjnej i Rolnej i Ochrony Środowiska. Z ramienia Rady jestem członkiem Rady Społecznej Szpitala w Sandomierzu.
      Może mógłby Pan przybliżyć sprawę odwołania dyrektora Satławskiego.
      No cóż, zawiniła nieszczęsna ustawa parlamentarna o przyznaniu 203 zł wirtualnej podwyżki pracownikom służby zdrowia. Połowa załogi (blisko 500 osób) zgłosiła ten fakt do Sądu i sprawę wygrała. Komornik wyegzekwował należną kwotę (ok. 12 tys/ osobę), co zachwiało budżetem szpitala. Konieczna stała się redukcja zatrudnienia. To spowodowało niezadowolenie wszystkich pięciu związków zawodowych wyrażone jako votum nieufności wobec dyrektora. Cóż mieliśmy robić? Jako Rada Społeczna Szpitala jesteśmy tylko ciałem doradczym. Nie chcąc dalszego zaogniania sytuacji zagłosowaliśmy w większości za odwołaniem dyrektora. Osobiście oceniam dyrektora Satławskiego pozytywnie. Był doskonałym organizatorem. Sprzyjał podnoszeniu wiedzy fachowej lekarzy. Za jego siedmioletnich rządów szpital osiągnął bardzo wysoki poziom usług medycznych na szesnastu oddziałach. Również na bardzo wysokim poziomie są poradnie specjalistyczne.
      Dlaczego więc odwołano dyrektora?
      Myślę, że stało się tak z powodu radykalnej postawy połowy załogi, która nie licząc się z możliwościami finansowymi szpitala upomniała się o swoje i wygrała, co postawiło dyrektora w sytuacji patowej. Ale mimo tego uważam jego dyrektorowanie za udane.
      A co by Pan zrobił jako Minister Zdrowia?
      Przede wszystkim dążyłbym do wzrostu nakładów na służbę zdrowia (z 7do 15%). Jeśli idzie o szpitale powinny nadal pozostać publiczne, przy czym trzeba wydzielić szpitale specjalistyczne, dotowane hojniej (najlepiej centralnie) i gwarantujące bogatszą ofertę diagnostyczną i terapeutyczną, oraz szpitale podstawowe (utrzymywane przez samorządy lokalne z przekazanej części składki zdrowotnej), gdzie każdy chory otrzyma konieczną pomoc i podstawową diagnostykę. Refundacja za leczenie i badania powinna być rzeczywista, a nie szacunkowa i w wielu przypadkach pozorowana. Ośrodki Zdrowia i Przychodnie Rejonowe powinny być publiczne, ale z zapleczem ekonomicznym pozwalającym im funkcjonować na odpowiednim poziomie. Zdecydowanie ograniczyłbym liczbę pracowników administracji na koszt fachowych pracowników służby zdrowia i zlikwidowałbym połowę niepotrzebnych nikomu formularzy i papierów. Dążyłbym do obniżenia cen leków i ukrócenia nieuczciwej konkurencji na rynku farmaceutycznym, która odbywa się niestety kosztem pacjenta. Należałoby zmienić również system płac. Podstawowa pensja lekarza po studiach winna wynosić 1.000 euro (w Niemczech zarabia 5 x więcej), pielęgniarki nieco niższa. Specjalista winien zarabiać odpowiednio więcej, przy czym wynagrodzenie powinno być adekwatne do obciążenia pracą. Musi się również zmienić mentalność pracowników służby zdrowia, muszą czuć się współgospodarzami swoich placówek, a kandydatów na stanowiska dyrektorskie zatwierdzałbym spośród fachowców, dobrych organizatorów, ale i ludzi o wyjątkowych zdolnościach do łagodzenia konfliktów międzyludzkich. Dyrektor szpitala czy ZOZ-u nie może być satrapą przekonanym o własnej nieomylności i sile, nie liczącym się z opinią personelu. A zupełnie prywatnie. Cieszę się, że nie jestem Ministrem Zdrowia. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi funkcja lekarza rodzinnego i świadomość, że jestem akceptowany przez moich pacjentów, o czym świadczą efekty pracy kierowanego przeze mnie Ośrodka oraz moje wyniki w wyborach samorządowych.
      No cóż, pozostaje tylko pogratulować i życzyć dalszych sukcesów w pracy zawodowej i społecznej.

Rozmawiał Maciej A.Zarębski

Eskulap Świętokrzyski 2004/6 - pismo Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Kielcach. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020