Strona główna OIL

   


 
Dr Władysław Giedrojć-Juraha - WSPOMNIENIE
Historia medycyny podlaskiej

Mój romans z chirurgią rozpoczął się 1 października 1955 roku (5-ty rok studiów), kiedy zostałem zatrudniony w Oddziale Chirurgii Szpitala Wojewódzkiego im. J. Śniadeckiego w Białymstoku na etacie sanitariusza, ale z obowiązkami młodszego asystenta. W okresie przeddyplomowym (2 lata) pracowałem w systemie rotacyjnym we wszystkich oddziałach chirurgicznych, w tym prawie rok w Oddziale Urologii kierowanym przez doktora Władysława Giedrojcia-Jurahę. W tym czasie miałem okazję poznać ordynatora jako specjalistę, zwierzchnika, człowieka i ojca rodziny. Na podstawie osobistych kontaktów i obserwacji staram się nakreślić sylwetkę tej osobistości białostockiego świata lekarskiego. Nie korzystałem natomiast z informacji przekazywanych przez osoby trzecie.
Jakiego więc doktora Giedrojcia zapamiętałem?
W stosunku do pacjentów często zachowywał się rubasznie, jednak z zachowaniem ich godności. Był to jego sposób na obniżenie napięcia przedoperacyjnego, redukcję strachu, zaszczepienie optymizmu. W rzeczywistości był opiekuńczy i troskliwy. Szczególnie ciepło traktował chorych pooperacyjnych.
Jako urolog był bardzo dobrym diagnostą. Z wielką wnikliwością przeprowadzał wywiady, które stanowiły niezwykle ważną część badania. Badanie fizykalne wykonywał dokładnie i delikatnie. Z mistrzostwem odczytywał obrazy urografii i pielografii. Wykorzystywał diagnostyczne i terapeutyczne zabiegi endoskopowe. Warto przy tym powiedzieć, że cystoskopia była najwcześniej stosowanym badaniem endoskopowym. Z ogromną biegłością posługiwał się tą techniką w leczeniu brodawczaków pęcherza moczowego i w kruszeniu kamieni wewnątrz pęcherzowych, wielokrotnie z sukcesem usuwał endoskopowo kamienie z moczowodów.
Jako operator nie demonstrował błyskotliwej i eleganckiej techniki operacyjnej, natomiast był bardzo szybki i skuteczny. Stosował metody operacyjne sprawdzone, najprostsze, bezpieczne, skracające czas wykonywanych zabiegów. Mimo najczęściej starczego wieku pacjentów i znacznego zaawansowania chorób, osiągał bardzo dobre wyniki leczenia. W koniecznych przypadkach wykonywał zabiegi trudne i skomplikowane. Dotychczas z imienia i nazwiska pamiętam chorego w wieku dwudziestu kilku lat z wrodzoną wadą w postaci wynicowania pęcherza moczowego. Obrazowo mówiąc chory nie miał przedniej ściany pęcherza, a jego odsłonięta tylna ściana z ujściami moczowodów była częścią podbrzusza pozbawioną skóry. Trudno sobie wyobrazić sytuację życiową mężczyzny od urodzenia zalewającego się własnym moczem. W tym przypadku doktor Giedrojć wykonał przeszczepienia moczowodów do esicy, co znakomicie poprawiło warunki życia pacjenta. W drugim etapie usunął szczątkowy pęcherz moczowy i odtworzył powłoki brzucha.
Tak ukształtował się w mojej pamięci obraz lekarza zabiegowca, jakim był doktor Władysław Giedrojć-Juraha.
Z organizacyjnego punktu widzenia, niekwestionowaną jego zasługą było stworzenie na terenie białostocczyzny urologii, jako odrębnego działu medycyny zabiegowej. Dzięki swojej ugruntowanej pozycji społecznej i autorytetowi ordynatora miewał kontakty z przedstawicielami władzy, elit politycznych i kościoła. Jednak nie wykorzystywał tych znajomości dla celów osobistych. Przykładem takiej postawy była sytuacja w jakiej znalazł się jego syn po skończeniu studiów w Akademii Medycznej. Wyznaczono mu miejsce odbycia stażu podyplomowego w szpitalu w Sokółce, dokąd musiał codziennie dojeżdżać pociągiem. Ojciec nie zniżył się do wystąpienia z prośbą o zmianę decyzji co do wyznaczonego miejsca stażu. Po zakończonym stażu w Sokółce Zbyszek Giedrojć wyjechał do pracy w Klinice Chirurgicznej w Łodzi.
Należy podkreślić, że doktor Giedrojć był bardzo związany z rodziną. Rzadko poruszał tematy rodzinne ale zawsze o synach i żonie wyrażał się ciepło i z troską. Martwił się o los małżonki, pani Łucji, w jego mniemaniu osoby życiowo niezaradnej, która całe swoje życie podporządkowywała rodzinie zajmując się domem. Wolne chwile od bieżących obowiązków poświęcała na kopiowanie obrazów znanych mistrzów. Prace te wykonywała z talentem i dużą biegłością warsztatową. Nie stanowił tajemnicy fakt arystokratycznego rodowodu doktora Giedrojcia, ale też nigdy osobiście nie poruszał tego tematu. Oględnie i skąpo wypowiadał się o przynależności do AK. Konsekwencją tej działalności było aresztowanie i osadzenie Go w obozie dla internowanych na terenie byłego ZSRR. Więźniowie stanowili mieszaninę partyzantów, "nieprawomyślych" i kryminalistów. Na podstawie ówczesnego dosyć łagodnego regulaminu należałoby uznać, że był to rok 1944, kiedy wojska sowieckie odnosiły sukcesy na froncie, a u ich boku walczyli polscy żołnierze. W tych okolicznościach rzeczywistą władzę w obozie sprawowali kryminaliści.
Tu pozwolę sobie przedstawić obozową opowieść doktora, a dotyczącą sprawy medycznej. Doktor Giedrojć jako lekarz, a do tego chirurg miał w obozie pozycję uprzywilejowaną. Zwolniony był z obowiązku pracy fizycznej, ponieważ prowadził ambulatorium z izbą chorych i sprawował opiekę medyczną nad więźniami i nadzorującymi. O kwalifikacjach medycznych doktora dowiedział się herszt kryminalistów i postanowił zostać jego pacjentem. Zażyczył sobie leczenia operacyjnego ze względu na wstydliwą wadę wrodzoną w postaci spodziectwa. Przypadłość ta zmuszała pacjenta do oddawania moczu w pozycji kucznej ze względu na otwarcie cewki moczowej na całej długości. Była to jednak tylko część problemu medycznego, komplikującego życie bandziora. Drugi problem polegał na łukowatym wygięciu prącia, co uniemożliwiało normalne życie płciowe.
Nie pomogło tłumaczenie, że nie ma odpowiednich narzędzi i materiałów operacyjnych. Pacjent zażądał spisu najpotrzebniejszych narzędzi i materiałów. Stanęło na tym, że rolę noża chirurgicznego spełni brzytwa. Igły nożyce i nici zostały wypożyczone z pracowni krawieckiej, sterylizacja polegała na wygotowaniu zestawu operacyjnego. Jedynie brzytwę sterylizowano przez 24 godzinne moczenie w samogonowym spirytusie. Środkiem znieczulającym był litr samogonu wypity na 30 minut przed operacją.
Oprócz chirurga w zespole operacyjnym były dwie pielęgniarki i czterech osiłków mających zadanie unieruchomienia pacjenta gdyby zaczął zachowywać się niespokojnie. Operacja trwała ponad 2 godziny. W tym czasie pacjent nawet nie drgnął, spocony podtrzymywał na duchu operatora.
Okres pooperacyjny przebiegał bez powikłań. Jedyna niesubordynacja polegała na tym, że wbrew zaleceniom jeszcze przed zdjęciem wszystkich szwów, wypróbował swoje męskie możliwości w żeńskiej części obozu. Zameldował, że zarówno on jak i partnerka byli zadowoleni. Terapeutyczny sukces miał niewątpliwie znaczenie dla losów operatora ułatwiając przetrwanie.
Miałem okazję poznać doktora Giedrojcia także jako pacjenta. Pisałem jego historię choroby przed operacją usunięcia pęcherzyka żółciowego z zaostrzeniem objawów kamicy. Przed zabiegiem zachowywał się godnie bez oczekiwania na nadzwyczajne traktowanie. W okresie pooperacyjnym wykazał dużo cierpliwości i skrupulatnie wykonywał zalecenia lekarskie.
W trakcie pełnienia swoich szpitalnych obowiązków doznał zawału z zatrzymaniem czynności serca. Skuteczność reanimacji okupiona została złamaniem dwóch żeber i wielogodzinną śpiączką. Po stopniowym powrocie świadomości i odzyskaniu mowy, usłyszeliśmy z jego ust następujące słowa: "dobrzy ludzie, jeżeli po raz drugi dojdzie do podobnej sytuacji, to proszę mnie nie ratować - śmierć to nic strasznego". Po dłuższym leczeniu powrócił do pracy w oddziale.
Kolejnego zawału nie przeżył. Zmarł 14 kwietnia 1972 roku - mija właśnie 40-ta rocznica jego śmierci.

O autorze: dr n. med. Stanisław Sierko - specjalista chirurgii; współpracował z dr. Władysławem Giedrojciem-Juraha.

Stanisław Sierko

Biuletyn nr 2/2012 - pismo Okręgowej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Białymstoku.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020