Strona główna OIL

   


 
Książki

Wspomnienie dr Ireny Białówny

      W 2007 roku ukazał się 27 Biuletyn Informacyjny Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau "Pro memoria", w którym opublikowano wspomnienia dr Ireny Białówny pt. "Z historii rewiru w KL Birkenau". Prezentujemy tylko mały fragment tych wstrząsających wspomnień, zmuszających do głębokiej refleksji.

      "Blok był w zasadzie przeznaczony dla osób chorych na biegunkę; nazwą tą określano w ambulatorium przy przyjęciu każdą chorobę z wolnymi stolcami. Miałyśmy wśród pacjentek chore na takie choroby zakaźne, jak czerwonka, dur brzuszny i para dur, biegunkę głodową w przebiegu ostrych chorób zakaźnych, np. tyfusu plamistego, gruźlicy, innych chorób itp. Ten ostatni rodzaj biegunki - z najcięższą jej postacią, brakiem pokrycia zapotrzebowania na białko - występował prawie wyłącznie u osób młodych i wycieńczonych, przybierał klasyczną postać biegunki opisywanej u afrykańskich dzieci. U chorych pojawiały się równocześnie z częstymi, lejącymi się, wolnymi stolcami drobne, wypełnione płynem surowiczym pęcherzyki, które szybko przekształcały się w rozległe pęcherze, wypełnione płynem surowiczo-ropnym i które po pęknięciu pozostawiały duże, pozbawione naskórka, wilgotne powierzchnie. W potocznej mowie chorobę tę nazywano pęcherzycą, przypisując jej tło zakaźne lub awitaminozę. Nie miałyśmy najmniejszych możliwości doprowadzenia parenteralnie białka lub krwi; zjawienie się pęcherzycy z góry przesądzało o losie chorych.
      Skórę u większości chorych pokrywały strupy lub ślady licznych zadrapań, przyczyn tego należało szukać w niezliczonej, ilości pcheł i wszy i jak również w rozpowszechnionym w obozie świerzbie. Niemcy starali się stoczyć bój zarówno z wszawicą, jak i ze świerzbem. Specjalne komanda były wyznaczane do przeprowadzania w obozie systematycznej kontroli świerzbu i zawszenia, brak jednak wody i czystych ubrań czynił te starania bezowocnymi. Przeżyłam kilkanaście odwszawień i walk ze świerzbem, początkowo mało skutecznych, a pociągających zawsze za sobą zgon kilku lub kilkunastu osób. Pamiętam, że przy pierwszym odwszawianiu bloku, przeprowadzonym w upalny, czerwcowy dzień, wszystkie chore wyprowadzono przed blok, a nie wstające z łóżek ułożono na ziemi pod blokiem. Pomimo upału nic nie dostarczono chorym do picia, a ponieważ woda była wątpliwej jakości, używałyśmy jej wyłącznie do zimnych okładów na głowę, przynosząc równocześnie z ambulatorium po kilka litrów destylowanej wody. Słabsze chore mdlały, wysoka, piękna Czeszka runęła do moich nóg, nie odzyskując już przytomności. Personel był w tym czasie zajęty generalnym sprzątaniem bloku, myciem łóżek i zmianą sienników, po czym nastąpiło mycie chorych. W nocy miałyśmy kilka zgonów chorych.
      Powtarzane w następnych miesiącach, podobnie nieudolnie przeprowadzane odwszenia nie dawały wyraźnej poprawy, która nastąpiła dopiero po odpluskwianiu bloku. Wszystkie chore zostały przeniesione do opróżnionego Bloku 17, zabroniono zabierania z bloku jakiejkolwiek odzieży. Rano następnego dnia grupa więźniów pod nadzorem esesmanów zaryglowała wrota i górne okienka, wrzucając przez kilka okienek puszki z gazem Blok został zamknięty szczelnie na 24 godziny, po czym polecono personelowi, by gruntownie przewietrzył blok. Nie wiem, jakiego wtedy użyto gazu do tępienia pluskiew, większość insektów jednak, łącznie z wszami, wyginęła. Kobiety, które pierwsze wchodziły do bloku, aby otworzyć okna i wrota, mdlały.
      Walkę ze świerzbem przeprowadzono w początkach 1944 roku. Chore doprowadzano do Bloku 12, w którym były przygotowane dla nich dwie duże kadzie, każda z innym płynem. Chore zanurzane w nich skarżyły się na piekący ból w miejscach zadrapań. Po kąpieli wchodziły bez bielizny do łóżek, koce i koszule z bloku przesyłano do dezynfekcji. Słabsze chore płaciły za ten zabieg ciężką choroba dróg oddechowych lub zgonem. Świerzb zniknął doszczętnie. Nieco wcześniej przeprowadzono odszczurzanie; na łączce wśród bloków specjalne komando wykopało kilkanaście długich rowów, nie więcej niż na metr głębokich. Wzdłuż ścianek rowów widać było przejście do wydrążonych w ziemi odgałęzień, do których wsuwano długie ostre szpady; na nie nadziewały się znajdujące się pod ziemią szczury. Chore więźniarki, przebywające w bloku reprezentowały różne narodowości. Blok 24 był aryjski, jednakże przy zwiększonej zachorowalności w obozie zaczęto od jesieni 1943 roku kierować tu również Żydówki. Na początku 1943 roku na ogół przeważały Polki, była też spora liczba Francuzek, mniej było Czeszek, więźniarek z Jugosławii i Rosjanek. Od jesieni tego roku zaczęły masowo przybywać Żydówki greckie. Bezpośrednio po przyjeździe spę-dziłam z nimi noc w bloku przejściowym, czekając na skierowanie do kąpieli. Sprawiały one wówczas wrażenie dużej grupy ładnie i barwnie ubranych, ale wystraszonych uczennic z błyszczącymi czarnymi oczyma. Już po miesiącu widywałam je wychudłe, ubrane w stare, żołnierskie kombinezony; od końca lata zaczęły po kilkanaście dziennie napływać do bloku biegunkowego skrajnie wycieńczone, przeważnie z objawami choroby głodowej, z rozległą pęcherzycą, i nie przeżywały dłużej niż kilka dni. Kontrast między dziewczętami widzianymi przeze mnie bezpośrednio po przybyciu a wyglądem ich po kilkumiesięcznym pobycie w obozie był zastraszający.
      Również źle znosiły biegunkę Żydówki z Holandii, przeważnie wysokie, tęgie kobiety, które po kilku dniach pobytu w obozie przychodziły do rewiru z ciężką biegunką, nie poddającą się leczeniu. Francuzek w okresie mego pobytu było już niewiele; według opinii pracujących pielęgniarek na ogół źle znosiły warunki obozowe. Rosjanki i więźniarki z Jugosławii, które przeszły przez front, były bar dziej zahartowane i bardziej odporne na warunki obozowe. Cięższy przebieg biegunki, tej obozowej właśnie, zaczął pojawiać się od czasu przywiezienia do obozu w końcu 1943 roku kobiet z dziećmi z okolic Mińska i Witebska. Prawdopodobnie lęk o małe dzieci powodował cięższy przebieg choroby.
      Dzieci odebrano im i przesłano je do obozu dziecięcego w Łodzi. Matki błądziły na wpół przytomne między blokami, pytając każdą spotkaną osobę, czy nie widziała ich dzieci. Szczególnie bolesny był widok matek przybywających z nieletnimi córkami. Polskie więźniarki potrafiły w większości ochronić swoje dzieci. Należały do nich: położna Stanisława Leszczyńska, koleżanka Polańska, Książkiewicz, Kuźmińska. Bezradne były matki Żydówki, które radziły się, czy bezpieczniej jest pozostać w rewirze, ciągle się bojąc selekcji, czy też wrócić do ciężkiej, wyniszczającej pracy w obozie. Dzieci do lat czternastu nie przebywały w wypadku biegunki w naszym bloku".


Andrzej Szczeklik
Kore

O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny.
Wydawnictwo Znak, Kraków 2007. Wyd. I, str. 316. ilustr. kolor.,
oprawa twarda. Cena 44 zł.

      Profesor A. Szczeklik pisze: "Kore to po grecku dziewczyna. A także – źrenica. Grecy mówili, iż duszę w postaci maleńkiej dziewczynki, zobaczyć można przez źrenicę oka. Skąd mogli wiedzieć, że źrenica to jedyne okienko z widokiem na mózg, na jego nerwy wzrokowe?"

      We wstępie do książki Adam Zagajewski określił ją jako "bardzo osobisty przewodnik Andrzeja Szczeklika po medycynie i humanistyce - i także do pewnego stopnia, po jego własnych wspomnieniach". A. Szczeklik pisze o historii medycyny, o genetyce i ewolucji, o alergii i chorobach mózgu, zaś większość zagadnień łączy się ściśle z problemami filozoficznymi. Także temat śmierci: skąd przychodzi, kiedy się zjawia, co potem, gdy obumiera pień mózgu? Jaki jest stosunek prawd biologii i wiary?

      Autor nie narzuca żadnych rozwiązań, prowadzi czytelnika drogą przyrodnika i humanisty. Przez całą książkę przejawia się problem stosunków między lekarzem a pacjentem.

      W 2005 r. ukazała się tego samego autora książka "Katharsis". Obie traktują o sztuce lekarskiej, obie mają duszę i niepowtarzalną urodę. W ostatnim zdaniu "Kore" prof. A. Szczeklik pisze: "Będę z tobą. Nie opuszczę cię. Nie zostaniesz sam". To wyznanie troski, wyznanie wielkiej przyjaźni, stanowiącej duszę medycyny. Piękne zakończenie.

Mieczysław Sopek


Pod redakcją naukową Romana K. Meissnera
Wspomnienia z dawnych lat

Publikacja jubileuszowa z okazji 100-lecia urodzin Wiktora Tomaszewskiego

Wyd. Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Poznań 2007, str. 105, ryc. 77.

      Kolejny piąty tom Biblioteki Prac Historycznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, redagowany przez profesora Romana K. Meissnera, kierownika Zakładu Historii Nauk Medycznych Uniwersytetu oraz redaktora naczelnego Archiwum Historii i Filozofii Medycyny. Książka niezwykle ciekawa, o świetnej konstrukcji i doskonałej szacie graficznej.
      Prof. Meissner kreśli w niej sylwetkę niezwykłego lekarza-internisty, naukowca i nauczyciela, jakim był docent Wiktor Tomaszewski, wywodzący się z Wielkopolski, Doctor Medicinae Universae Uniwersytetu Poznańskiego (1931) oraz Doctor Honoris Causa AM w Poznaniu (1985), przede wszystkim zaś zasłużony pracownik naukowo-dydaktyczny Polskiego Wydziału Lekarskiego w Edynburgu, któremu pozostawał wierny od początku do końca funkcjonowania Wydziału, a także i później. Podstawową częścią publikacji jest pamiętnik "z lat dawnych" docenta Tomaszewskiego, który stanowi cenny dokument historii medycyny lat międzywojennych, okresu wojny i czasów powojennych, spisany przez lekarza i naukowca działającego na emigracji. Szczególną wartość mają też liczne reprodukcje dokumentów i unikalne fotografie.
      Po lekturze książki, postać jej bohatera określiłbym najkrócej: "wielki strażnik tradycji Polskiego Wydziału Lekarskiego w Edynburgu".
      Tą piękną książkę czyta się jednym tchem, jest ona zarówno źródłem wielu wrażeń, jak też wzbogaca naszą wiedzę.

Jan Stasiewicz


John Maxwell Coetzee
Hańba

Wyd: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2006.
Okładka miękka, str. 268, ISDN 978-83-240-0686-1; 27 PLN

      J. M. Coetzee - pisarz południowoafrykański, laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2003 r. jest jednym z najwybitniejszych pisarzy południowoafrykańskich. Za Hańbę otrzymał prestiżową brytyjska nagrodę Bookera przyznawaną za najlepszą powieść anglojęzyczną roku. Urodził się 9 lutego 1940 w Kapsztadzie, gdzie ukończył studia. Wykładał literaturę i językoznawstwo na swoim macierzystym uniwersytecie, a także w Stanach Zjednoczonych i Australii. Jego powieści są protestem przeciwko apartheidowi i kultowi przemocy. "Hańba" jest książką o granicach winy i odkupienia. David Lurie pięćdziesięcioletni profesor literatury brytyjskiej, zostaje wyrzucony z uniwersytetu w RPA za molestowanie studentki. Nie może powrócić na uczelnię, ale nie poczuwa się do winy. Wyjeżdża na wieś do dawno niewidzianej córki, gdzie dochodzi do tragedii; banda czarnych bandytów napada na fermę, przypala Luriemu wąsy, zamyka go w łazience i dokonuje zbiorowego gwałtu na córce, której ojciec nie może pomóc. Tytułowa hańba jest hańbą, jaką był apartheid, a z drugiej strony hańbą jest gwałt, zemsta Afrykanerów na białej kobiecie. Obecnie Coetzee mieszka na stałe w Australii.

(jotpe)

Biuletyn nr 2007/4 - pismo Okręgowej Izby lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Białymstoku.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020