Strona główna OIL

   


 
Robole i małowierni
Chwila refleksji

      Słowo "robol", jako robotnik w pejoratywnym znaczeniu, kojarzę z 1980 rokiem, kiedy pierwsza SOLIDARNOŚĆ rozpoczęła skuteczną walkę o podmiotowość polskich robotników. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że my, lekarze PRL-u, należymy do roboli, najemników w pełni podporządkowanych swoim kierownikom realizującym jedynie słuszną politykę społeczną, światopoglądową, naukową i dydaktyczną. Z buntu przeciwko wizerunkowi lekarza - robola rodziła się idea powrotu do wolnego zawodu lekarza, z własną etyką, pełną podmiotowością i z własnym samorządem lekarskim o charakterze korporacyjnym. Jako pierwsi wyzwolili się stomatolodzy, tworząc prywatne gabinety i własne zasady pracy, a zaraz potem zdobyli samodzielność lekarze rodzinni, którzy wprawdzie na nieco innych zasadach zaczęli także decydować "sami o sobie". Nawet w państwowych szpitalach pozycja lekarza zaczęła stopniowo wzrastać pomimo stale utrzymujących się przeraźliwie niskich zarobków i zbyt dużej zależności od wszechmocnych dyrektorów działających zazwyczaj w oparciu o politycznych i ekonomicznych mocodawców.
      Dlaczego więc w grudniu 2007 roku piszę o "robolach"? Bowiem teraz dużej grupie lekarzy szpitalnych (tych najważniejszych - specjalistów na asystenckich etatach) grozi powrót do kategorii "roboli" jeżeli decydenci wprowadzą w szpitalach system pracy zmianowej lekarzy.
      Jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiej organizacji pracy, uważając ją za formę nieprzyjazną zarówno dla pacjentów, jak i lekarzy. Na podstawie własnych wieloletnich obserwacji i doświadczeń przedstawiam poniżej dziesięć spośród licznych wątpliwości:
      (1) Wprowadzenie pracy zmianowej lekarzy uderzy przede wszystkim w chorego; pacjent chce mieć "swojego" lekarza, opiekującego się nim stale podczas pobytu w szpitalu. Lekarz w jego pojęciu jest przecież nie tylko wykonawcą poszczególnych czynności wynikających z algorytmów diagnostyczno-leczniczych, ale także przyjacielem, powiernikiem i doradcą, co wymaga zdecydowanie dłuższego kontaktu niż krótkotrwała wizyta wieczorem lub rano, podczas której lekarz zmianowy rozmawia z wieloma pacjentami.
      (2) Zmianowy tryb zatrudnienia uderza też w lekarza, który stając się wykonawcą tylko cząstkowego zadania podczas swojej zmiany nie może objąć całokształtu problemów zdrowotnych chorego. Z biegiem lat lekarz zacznie myśleć wycinkowo, rutynowo i powierzchownie.
      (3) Traci też ordynator. Tylko on pełni w oddziale całościową opiekę nad chorymi - ma więcej pracy oraz coraz mniejszy wpływ na swoich "zmianowych" asystentów. Widzi ich tylko gdy wypadnie im ranna zmiana, tzn. co 3-4 dni, oraz podczas przekazywania informacji o chorych.
      (4) Następuje też niekorzystna zmiana organizacji pracy przy chorym. Zamiast obchodu ordynatorskiego, który w większości oddziałów ma podstawowe znaczenie, następuje ciągłe przekazywanie sobie nawzajem danych o pacjentach. Grozi to powierzchowną nieraz i niepełną informacją (np. wskutek pośpiechu), bądź też zjawiskiem "głuchego telefonu" (błędne przekazanie wypaczonej informacji na drodze między ordynatorem a kolejnymi asystentami).
      (5) Praca zmianowa znacznie utrudnia wykonywanie zadań szkoleniowych. Starszy asystent, z dużym doświadczeniem, pełniący często rolę guru w stosunku do młodszego kolegi, przestaje go szkolić. Wzajemne kontakty asystentów skracają się bowiem do jednej trzeciej czasu pracy. Zanika więc jakże istotna forma szkolenia przy łóżku chorego. Likwiduje się zdobywanie wiedzy praktycznej oraz umiejętności manualnych na zasadzie mistrz-uczeń.
      (6) System pracy zmianowej zarzutuje też na atmosferę panującą w zespole lekarskim. Rzadsze wzajemne spotkania, choćby brak codziennego wspólnego przebywania w pokoju lekarskim, powoduje rozluźnienie wzajemnej więzi koleżeńskiej w oddziale, ważnej w wykonywaniu wspólnych zadań.
      (7) Praca zmianowa prowadzi do wytworzenia w szpitalu "taśmy produkcyjnej". Szpital zaczyna przypominać przysłowiową fabrykę guzików. Lekarz na zmianie przykręca swoje śrubki, pobiera zapłatę i udaje się na odpoczynek. Staje się typowym najemnikiem; o resztę "produkcji" niech martwi się ordynator. Asystent uprawia rzemiosło, a gdzie sztuka leczenia?
      (8) Tryb pracy zmianowej w dużym stopniu utrudnia prowadzenie badań klinicznych i zbieranie materiału do opracowań naukowych, zwłaszcza do prac doktorskich, o których w szpitalach nieuniwersyteckich należy chyba zapomnieć - z wielu powodów.
      (9) Choroba lekarza, wydarzenie losowe, wyjazd szkoleniowy lub naukowy w sposób istotny zaburzają nawet precyzyjnie ustalony system zmian. Powoduje to częste nieprzewidziane zastępstwa, przyprawiające ordynatora o ciągły ból głowy.
      (10) Wreszcie, praca zmianowa dezorganizuje życie osobiste lekarza - utrudnia wykonywanie zwykle popołudniowej pracy zarobkowej, np. w prywatnym gabinecie, oraz uniemożliwia prowadzenie ustabilizowanego życia rodzinnego. Zasada - najpierw praca, a dopiero potem rodzina - nie może być obecnie akceptowana.
      Jestem przekonany, że praca zmianowa lekarzy nie zaistnieje w wielu szpitalach z powodu braków etatowych. Można ją bowiem organizować tylko w oddziałach, w których obsada asystencka przekracza 5-6 lekarzy. Zatrudnianie rezydentów także przekreśla system pracy zmianowej.
      Koleżanki i Koledzy muszą się więc głęboko i perspektywicznie zastanowić, gdy dyrektorzy szpitali zaproponują zmianę dotychczasowego systemu pracy w oddziale. Rozważcie za i przeciw. Jeżeli nie podpiszecie nowej umowy o pracę, nikt was w świetle prawa nie może zmusić do przyjęcia nowych warunków pracy. Decydując się natomiast na pracę zmianową musicie bardzo dokładnie sprawdzić, czy proponowane wynagrodzenie zawiera wszystkie dotychczasowe składowe plus realną wycenę dyżurów z uwzględnieniem pracy w godzinach nocnych.

*

Kim są tytułowi "małowierni" ?
      Małowierni to dyrektorzy podlaskich szpitali; nie wszyscy, ale prawie wszyscy. Dlaczego małowierni ? Bo nie wierzą, że na Podlasiu może być tak jak w reszcie Polski. Punkt rozliczeniowy z NFZ-em za świadczenia szpitalne może także u nas wynosić 12 złotych, jak w innych regionach kraju. Tymczasem na Podlasiu wystarczy by Narodowy Fundusz Zdrowia zmarszczył brwi, a dyrektorzy już po tygodniowych pseudonegocjacjach zgadzają się na kontrakt o ok. 20% niższy przyjmując za podstawę wycenę punktu. W ten sposób uciekają nam miliony złotych, niezbędne by podwyższyć płace lekarzom i pielęgniarkom.
      Więcej odwagi, stanowczości i wiary, a przede wszystkim więcej wspólnego działania ze strony dyrektorów, mogłoby zlikwidować smutne określenia Polski B lub C, przynajmniej w zakresie wyceny świadczeń medycznych.
      Przestańmy wreszcie wysłuchiwać ogranych, żałosnych i smętnych argumentów o mitycznych algorytmach rozdziału pieniędzy wewnątrz Funduszu, bowiem nie zmienia to zupełnie faktu, że usunięcie pęcherzyka żółciowego na Podlasiu kosztuje dokładnie tyle samo, co i na Mazowszu, w Małopolsce czy Wielkopolsce. Decydenci, którzy nie chcą tego zrozumieć, powinni jak najszybciej odejść.

*

      Nowy Rok przynosi stare i nowe problemy. Pomimo narastających trudności i niepewnego jutra, wybierzmy wariant optymistyczny.
      Życzę Koleżankom i Kolegom jak najbardziej pomyślnego 2008 roku. A także - wielkiej odwagi i konsekwencji.

Jan Stasiewicz
Grudzień, 2007

Biuletyn nr 2007/4 - pismo Okręgowej Izby lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Białymstoku.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020