Strona główna OIL

   


 
Sentymentalna podróż
FELIETONY

"Kraj lat dziecinnych, on zawsze zostanie
Święty i czysty jak pierwsze kochanie..."

      To słowa Adama Mickiewicza, ale dla mnie to również przyczyna wzięcia udziału w wyciecze lekarzy, członków Beskidzkiej Izby Lekarskiej do Lwowa i na wschodnie rubieże przedwojennej Polski. W autobusie przeważają ludzie starsi, a co najmniej połowa z nas jest związana z ziemiami wschodnimi, gdzie się urodzili i mieszkali. Patrzę na te siwe głowy Kolegów zadumanych nad tym co zobaczymy? Czy przypomnimy sobie dziecięcą przeszłość, czy te ziemie i ludzie tam zamieszkali - Polacy - przyjmą nas przychylnie, bo będziemy u nich nocować?
      Zadumałem się nad moim dzieciństwem, które upłynęło właśnie tam. Urodziłem się w Skałacie, niewielkim miasteczku powiatowym, tuż przy przedwojennej granicy polsko-sowieckiej. Chciałbym zobaczyć miasto skąd pochodzę. Jadę pełen zaciekawienia i nadziei, że będziemy mogli trochę zboczyć z trasy do Skałatu...
      We Lwowie autobus zatrzymuje się koło Baszty Prochowej. Rodziny polskie serdecznie nami się zajęły. Zostałem przydzielony z trzema Kolegami do pp. Sosulskich. Na drugi dzień już od rana zwiedzamy Lwów z pilotem p. Dariuszem Kompanowiczem, absolwentem prawa na KUL-u, który tu znalazł pracę, i będzie nam towarzyszył podczas całej podróży. Przepięknie położone, niegdyś bardzo bogate miasto, mimo, że dziś podupadłe nadal zachwyca setkami zabytkowych budowli, licznymi kościołami i cerkwiami, wspaniałym gmachem Teatru Wielkiego, politechniki, uniwersytetu, pałacem Potockich, licznymi muzeami i świetnym układem ulic i placów.
Pomnik pamięci zamordowanych przez Niemców w 1941 r. profesorów lwowskich wyższych uczelni

      Konflikt polsko-ruski sięga XVII wieku, ale polsko-ukraiński narastał od końca XIX wieku. W miarę osłabiania się monarchii Austro-Węgierksiej, przed i podczas I wojny światowej, cesarz stosując starą zasadę dziel i rządź obiecywał stworzenie u boku Austrii państwa ukraińskiego. Utworzył przy armii austriackiej formację wojska ukraińskiego zwaną Strzelcami Siczowymi. W listopadzie 1918 roku, gdy los wojny był już przesądzony, Lwów przechodził z rąk do rąk. Odradzająca się Rzeczpospolita nie miała dość siły, aby przeciwstawić się wojskom ukraińskim. Do historii przeszli bohaterscy młodzi Polacy - Orlęta Lwowskie, którzy chwycili za broń. Kosztem kilku tysięcy ofiar młodych chłopców i nastolatków, obronili miasto, które pozostało w rękach Polskich. Wdzięczna Rzeczpospolita wzniosła im na Łyczakowie, gdzie spoczywają bohaterscy obrońcy, cmentarz-panteon. Piękna kolumnada, z której po 1971 roku pozostał tylko wieńczący kolumny łuk tryumfalny, którego nie udało się zniszczyć, została ufundowana przez wszystkie polskie miasta wojewódzkie. Marszałek Piłsudski odznaczył Lwów, jako jedyne polskie miasto Krzyżem Virtuti Militari. Potem w historii polskich losów Lwowa zapisała się okupacja radziecka i hitlerowska. Pod koniec operacji Burza, Armia Krajowa walczyła o Lwów. Niestety po układach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, miasto zostało oddane w ręce Związku Radzieckiego. I tak "Leopolis semper fidelis", pozostał poza naszymi granicami w rękach Ukrainy.
      Zwiedzamy dalej nasz dawny Lwów, uchodzący za najpiękniejsze miasto polskie. Wspinamy się na Wysoki Zamek i kopiec Unii Lubelskiej, skąd z wysokości 413 m.n.p.m. oglądamy zachwycającą panoramę miasta. Nie omijamy Rynku ze słynnymi lwowskimi lwami pod ratuszem, trzymającymi zmieniony już herb miasta, czterema narożnymi studniami m.in. z kamienną figurą Diany, zatrzymujemy się przy Czarnej Kamienicy, kamienicy Sobieskich. Tuż obok widzimy katedrę łacińską, gdzie w XVII wieku składał śluby król Jan Kazimierz, patron lwowskiego uniwersytetu i stajemy u stóp pomnika Adama Mickiewicza na d. placu Mariackim, obecnie Mickiewicza. Wspaniały szeroki bulwar d. Wały Hetmańskie, obecnie bulwar Swobody raczy nas z oddali perspektywą odnowionego z przepychem Teatru Wielkiego ze słynną kurtyną Henryka Siemiradzkiego - Parnas. Pilot zawiódł nas z kolei na Wzgórza Wuleckie do skromnego pomnika upamiętniającego rozstrzelanie przez Niemców w lipcu 1941 roku 23 profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza. Tutaj też zginął Boy-Żeleński. Zadumaliśmy się nad pomnikiem, myśląc o losach polskiej inteligencji, ginącej z rąk okupantów, wypróbowaną przez dyktatorów, najwłaściwszą metodą niszczenia narodu.
Odbudowany cmentarz Orląt Lwowskich

      Nasz przewodnik, prowadzi nas na Cmentarz Łyczakowski. Tuż za główną bramą, po prawej stronie pomnik "Leżąca piękność", arcydzieło lwowskiego rzeźbiarza Juliana Markowskiego, z końca XIX wieku. Dalej grób Stefana Banacha, światowej sławy matematyka, ze słynnej na cały świat lwowskiej szkoły matetamtycznej, Seweryna Goszczyńskiego, Zygmunta Gorgolewskiego, projektanta Teatru Wielkiego, bohaterskiego Artura Grottgera, Marii Konopnickiej, Oktawa Pietruskiego - v. marszałka sejmu galicyjskiego, twórcy autonomii i konstytucji Galicji, wprowadzającej język polski do szkół i urzędów, Riedlów, wielkiej dramatopisarki i poetki Gabrieli Zapolskiej i wielu, wielu innych. Grobowce są istnymi arcydziełami sztuki rzeźbiarskiej, owocem kilku pokoleń konkurujących ze sobą siedmiu lwowskich pracowni rzeźbiarskich. Jest również już sporo grobów ukraińskich. Idąc dalej w górę, dochodzimy do Cmentarza Orląt, który w 1971 roku uległ celowo całkowitemu zniszczeniu. Teraz pięknie odbudowany przez Polaków, nie może się doczekać oficjalnego otwarcia. Wszystko co widzimy jest piękne i wzruszające.
      Niestety miasto jest biedne, piękne secesyjne wielopiętrowe kamienice obdrapane, z odpadającym tynkiem, jezdnie pamiętające czasy przedwojenne. Ale jednak to stare i zniszczone miasto jest czyste. Przed domami ludzie zamiatają ulice, nie widać walających się śmieci. Panuje natrętne żebranie, szczególnie nachalne są dzieci, to skutek powszechnej biedy. Rozdajemy zawczasu przygotowane złotówki.
Teatr Wielki - Opera Lwowska

      Żegnamy Lwów i następnego ranka ruszamy dalej drogami Podola. Na wzgórzu zamek Olesko. W nim zatrzymywał się Jan III Sobieski i właśnie tutaj nasz król się urodził. Jesteśmy chwilę w Podhorcach, gdzie trwają prace przy odnowie zameczku, zainicjowane i finansowane przez nasze państwo. Z daleka widnieje złota kopuła cerkwi i ogromny zespół budynków cerkiewnych w Poczajowie. Wchodzimy do środka nadzwyczaj pięknej świątyni, pełnej kosztowności, obrazów, złota i bizantyjskiego bogactwa. Jadąc dalej widzę przez okna autobusu bezkresne równiny, częściowo zagospodarowane, a tak odległe, że gdzieś daleko stykają się z niebem. To niegdysiejsze Dzikie Pola, dzikie stepy, po których mknęły bachmaty tatarskie, kozackie, tureckie i nasza husaria.
      Wkrótce jesteśmy w Krzemieńcu. Oczekiwali na nas Polacy, nasi mili gospodarze, u których będziemy nocować. Kulturalna starsza pani oprowadza nas po muzeum Juliusza Słowackiego, pięknym białym dworku zdobionym przed wejściem białymi kolumnami. Wnętrze pieczołowicie urządzone i zadbane. Nieco pamiątek po naszym wieszczu, który tutaj się urodził. Tu mieszkała jego ukochana matka - Salomea, uwieczniona w utworze "Sen piękny Salomei". Muzeum robi na nas wielkie, niezapomniane wrażenie. W sąsiednim kościele, w bocznej nawie bardzo piękna, wykuta w ciemnym marmurze figura siedzącego Juliusza. Pełni zadumy oglądaliśmy ruiny zamku krzemienieckiego. Juliusz Słowacki kochał swoja uciemiężoną Ojczyznę i pisał:

    "O Nieszczęśliwa. O Uciemiężona!
    Ojczyzno moja - raz jeszcze ku Tobie
    Otworzę moje krzyżowe ramiona
    Wszakże spokojny, bo wiem, że masz w sobie
    Słońce żywota"
Autor w Kamieńcu Podolskim

      Obyśmy teraz tak dumali...Słowacki tak jak Mickiewicz umarł z dala od swej ojczyzny. Z inicjatywy Józefa Piłsudskiego, jego prochy zostały przewiezione z Paryża do Krakowa i złożone na Wawelu obok Mickiewicza i Królów Polskich.
      Następnego dnia, pełni wrażeń, udaliśmy się w dalszą podróż drogami Podola, w kierunku Kamieńca Podolskiego, nie mogłem jednak zapomnieć muzeum i postaci Słowackiego w kościele. Dojeżdżamy do Zbaraża, utrwalonego w pamięci dzięki trylogii Sienkiewicza. To tutaj Jeremi Wiśniowiecki opierał się Turkom, Tatarom i Kozakom pod wodzą hetmana Bohdana Chmielnickiego. Tu pod murami poległ nasz rycerz Longinus Podbipięta, ugodzony strzałami tatarskimi. Jako dziecko płakałem, czytając o śmierci tego bohatera, których setki zginęło pod Zbarażem. Po dalszych 20 kilometrach jesteśmy w Tarnopolu, przedwojennym mieście wojewódzkim. Niestety moja prośba, aby zboczyć i zatrzymać się w Skałacie, gdzie się urodziłem, nie była możliwa. A więc już tam nigdy nie będę...
      Dojeżdżamy do Kamieńca Podolskiego, stutysięcznego miasta położonego nad urwistymi brzegami rzeki Smotrycz, przez którą przerzucony jest długi most wiodący do Twierdzy Kamienieckiej. Nocujemy także u Polaków. Miasto ma ciekawą, ale krwawą historię. Broniło granic Polski przed Turkami, Tatarami i Kozakami. Prawa miejskie uzyskało już w 1374 roku. Stare miasto, kościół i stojący nieopodal minaret pozbawiony jest muzułmańskiego półksiężyca, zamienionego przed laty na symbol chrześcijański, który go zdobi. Turcy panowali tu 27 lat. Na dziedzińcu obok kościoła niespodzianka: wysoka kolumna z napisem i datą: AD MCMXCIII (1993) "Pamięci Pana Pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego, hektora kamienieckiego". Pan Wołodyjowski nosił dwa imiona: Jerzy i Michał. Pamiętamy go jako Michała. Tutaj zginął w wieży zamkowej, wysadzonej przed jego przyjaciela Szkota Heslinga Ketlinga. Zginęli obaj. W mszy żałobnej odprawionej po ich śmierci celebrans wołał: "Panie Wołodyjowski, larum grają... wojna". Przypuszczam, że pomnik ten został ufundowany przez Polaków w geście zachowania pamięci bohatera trylogii Sienkiewicza.
      Na drugi dzień zatrzymujemy się w Chocimiu. Dobrze zachowana twierdza, inaczej niż dotychczasowe, położona jest poniżej otaczających ją równin. Chocim zapamiętała historia dzięki wspaniałym zwycięstwom Jana III nad Turkami, dzięki sile polskiej husarii, tej samej, która odniosła zwycięstwo pod Wiedniem w r. 1683. Nieopodal przyciągają uwagę utrwalone w brązie dwa pędzące konie, pomnik poświecony konnicy Budionnego, która zapisała się w pamięci szarżami w pierwszej wojnie światowej.
      Jedziemy już z powrotem w kierunku Lwowa i zatrzymujemy się w Skale Podlaskiej nad Zbruczem, przed wojną będącą graniczną rzeką miedzy Polską , a Związkiem Radzieckim. Zbrucz wpada tu do Dniestru i miejsce to nazywa się Okopami Trójcy Świętej. W tym miejscu przed wojną spotykały się granice trzech państw: Polski, Rumunii i ZSRR. Kolejny postój to Trembowla z warownym zamkiem, o murach pięciometrowej grubości. Traktat Buczacki w roku 1672, przekazał zamek Turkom. Na kolumnie przed zamkiem stał niegdysiejszy pomnik właścicielki zamku hrabiny Chrzanowskiej. Koledzy, którzy byli tu już przed laty pamiętali jej postać. Niestety teraz jej nie ma. Może pomnik uległ zniszczeniu, może został oddany do renowacji, a może sylwetka polskiej hrabiny była politycznie niewygodna. Ale taki jest los pomników.
      Dalsza droga się nie dłuży. Jesteśmy ciągle pod wrażeniem naszej historii, którą widzimy na bezkresnym Podolu. Dojeżdżamy do Złoczowa. Mury zamku obrośnięte krzewami, są ponure i groźne swą historią. Sam zamek jest w okresie rekonstrukcji, na zadbanym dziedzińcu dwa białe pomniki przedstawiające sylwetki ludzkie. Nie wiemy kogo mają przypominać. Wkrótce jesteśmy we Lwowie u naszych lwowskich gospodarzy. Wolny czas spędzamy sami i udajemy się do słynnej lwowskiej Kawiarni Wiedeńskiej. Zachowała swoją nazwę, ale doznajemy zawodu. Kawa jest miernej jakości, lokal nie przytulny, urządzony bardzo biednie. Korzystamy jeszcze z okazji i jedziemy podziwiać słynny lwowski dworzec kolejowy. Już z daleka widać srebrzystą kopułę nad budynkiem dworcowym. Niedawno odnowiony jest rzeczywiście bardzo piękny, zarówno z zewnątrz zdobiony na zwieńczeniu kopuły licznymi mitycznymi postaciami, jak i w przestronnych holach wewnętrznych głównego budynku. Perony są przykryte w całości szklana kopułą, co przypomina dworzec wrocławski.
      Następuje chwila serdecznego pożegnania z gospodarzami i p. Dariuszem. Ostatnie spojrzenie na piękne niegdyś miasto, umarłe, ale jednak obecnie odradzające się. Takie miałem ogólne wrażenie zapisane na gorąco. Jesteśmy w Polsce. Patrząc z okien autobusu widzi się ogromną różnicę na korzyść naszego kraju. W Polsce jest czysto, domy nowe i odnowione, przy nich zadbana zieleń, schludne wioski i miasteczka, drogi również są nieco lepsze. Wracamy do domu z żalem za tymi ziemiami, pozostającymi w naszej pamięci.

Olgierd Kossowski
Bielsko-Biała 20.VI.2004 r.

Biuletyn nr 2005/2 - pismo Okręgowej Izby lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Białymstoku.
Dla członków izby lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004