Strona główna OIL

   


 
Literacki obraz choroby psychicznej**

      Jerzy Krzysztoń( 1931-1920) zesłany na Sybir, po peregrynacji przez Bliski Wschód wraca w 1948 r. do Polski, gdzie kończy filologię na KULu. Wybitnie zdolny dziennikarz, dramaturg, prozaik i tłumacz, pracuje w Polskim Radio. Tam popada w pierwszy konflikt z zespołem, być może jako zwiastun zbliżającej się choroby. W okresie remisji pisze swoją najwybitniejsza książkę "Obłęd". Profesor Marian Stępień analizuje losy Jerzego Krzysztonia, konfrontując je ze stanowiskiem znakomitego psychiatry.

      Antoni Kępiński twierdził, że "Ludziom, którzy sami nie przeszli schizofrenii, wczuć się niepodobna w położenie chorego, niezwykle silnego uczucia lęku jaki on przeżywa". Właśnie Jerzy Krzysztoń spełnił warunek umożliwiający dotarcie do wewnętrznego świata schizofrenika, bo sam przeszedł tę chorobę. Przeżyty koszmar postrzegał oczami człowieka, który przeszedł piekło, nieludzkie udręki i cierpienia, a po wyjściu że szpitala uzyskał świadomość ich pojmowania. Zapamiętał towarzyszące jej doznania. Po opuszczeniu szpitala i powrocie do normalnego życia, zrekonstruował swój czas trwania w obłędzie i opisał go w trzytomowej powieści Obłęd.
      Akcja powieści przebiega w szpitalu dla psychicznie chorych w Tworkach pod Warszawą, w szpitalnej codzienności, w której przebywają chorzy zdani na cierpienie spowodowane ich urojeniami i w której personel szpitalny dokonuje codziennych czynności przewidywanych regulaminem szpitala. Dokładnie też przedstawiony jest czas zdarzeń: przedwiośnie 1971 roku. Na końcu utworu autor zamieścił przesłanie: "Nadszedł kres moich wyznań, nic więcej nie powiem. Ofiarowuję wam kronikę zmagań z obłędem, rzetelny opis, który pragnę po sobie zostawić."
      Poznał drogę prowadzącą przez wielkie cierpienie do obłędu, gdy "świat cały jest z kolców". Przedstawił je w pierwszym tomie powieści, pod znamiennym tytułem Tropiony i osaczony. Droga ta wiedzcie przez wielki, straszliwy lęk. Nie ma przed nim schronienia, nie ma przerwy, która mogłaby dać chwilową ulgę.
      Antoni Kępiński pisze, że taki lęk zajmuje centralną pozycję w przeżyciu chorego, że "trzeba właściwie samemu przejść przez epizod schizofreniczny, by zrozumieć, czym jest lęk w tej chorobie". Jerzy Krzysztoń ten epizod przeszedł.
      Nasilenie się lęku prowadzi do wybuchu psychozy. Pełen dziwnych głosów, tajemniczych sygnałów, nieludzkich twarzy wewnętrzny świat bohatera staje się jego światem realnym. Ma on własną logikę wydarzeń. Chory już nie może porozumieć się z otoczeniem. Jego omamy i urojenia izolują go od ludzi zdrowych. Jego świat jest już światem przeobrażonej chorobą osobowości. Język przestaje służyć jako środek porozumiewania się. Dochodzi do "zaburzenie metabolizmu informacyjnego". Chory wycofuje się z kontaktów z innymi ludźmi. Zamyka się w stanie, z którego nie ma wyjścia. Lęka się ludzi, a oni jego się lękają, co pogłębia strach schizofreniczny.
      Najbliższe otoczenie bohatera ogarnia przerażenie. W powieści Krzysztonia widzimy je oczami chorego, który wróciwszy do domu, nie może porozumieć się z żoną. Nie chce ona przyjąć do wiadomości tego, co najgorsze: choroby psychicznej męża. Jego stan skłonna jest przypisać podnieceniu alkoholowemu, albo złemu samopoczuciu spowodowanemu przepracowaniem. Nie uniknie jednak zobaczenia prawdy: "Siedziała zgarbiona, z twarzą ukrytą w dłoniach. Płakała." Próbuje porozumieć się z mężem, wejść w jego świat, by uzyskać wpływ na jego zachowanie się. Jej dociekania, kim są ci "prześladownicy", którzy go tropią, wywołuje wybuch chorego: "A zatem prześladownicy cię przekonali, że jestem niepoczytalny". Chory widzi niezrozumiale - w jego odbiorze - spojrzenie żony. Nie reaguje na słowa córki, która "ni stąd, ni zowąd zaczęła się trząść". Prowadzi monolog z wyimaginowanymi rozmówcami, ogłasza alarm dla całego globu. Z nożem w ręce kładzie się do łóżka, gotów zabić każdego, kto przekroczy próg sypialni, choćby to była żona czy córka.
      Jest obojętny wobec otaczających go bliskich osób i ich przeżyć. Wobec rodziny i jej rozpaczy. Pochłonięty jest istotą bytu, sensem wszechświata, swego w nim posłannictwa, walką dobra ze złem, grozą nadchodzącego światowego kataklizmu. Towarzyszy mu książka Roberta Jungka o powstaniu bomby atomowej - Jaśniej niż tysiąc słońc - i wodorowej oraz o losach ludzi, którzy je skonstruowali.
      Znalazłszy się w szpitalu cierpi z powodu niemocy, spętania, obezwładnienia (początkowo był przywiązany pasami do łóżka) i to w okresie - gdy - wedle stanu jego chorej świadomości, zbliża się katastrofa na skalę globu. Odgłosy karetek pogotowia są dla niego sygnałem światowego alarmu. Nie przyjmuje posiłków, pewny, że są zatrute. Nieufny wobec opiekuńczych gestów pielęgniarek podejrzewa, że dokonują na nim eksperymentu, w którego wyniku może zwariować. Po otrzymaniu listu od żony dochodzi do wniosku, że chce się z niego zrobić umysłowo chorego, by potem doprowadzić do eutanazji. We współpacjentach widzi postacie historyczne z różnych epok, bohaterów literackich, współmiernie do jego wiedzy, oczytania, erudycji. Męczy go nie mający końca chaos obrazów, postaci, dźwięków, z których każdy ma dla niego ważne znaczenie. "Mój mózg pracuje na wszystkich rejestrach naraz, bez żadnej harmonii, to maszyna tkacka, w której wszystkie wątki się powikłały, zasupłały, pomieszały, a ona tka bez opamiętania, bo nie ma jej kto zatrzymać".
      Wprawdzie widzi wokoło "kretynów, debili, imbecyli, psychopatów", sam siebie jednak uważa za zdrowego, podstępem zamkniętego w szpitalu, który jest kamuflażem, fikcją. Zaciera się granica między strumieniem myśli chorego bohatera, a refleksją narratora, który po wyjściu z własnego obłędu, jest jego drugim wcieleniem i stara się opisać świat, w jakim sam do niedawna przebywał: "Tak nigdy bym nie uwierzył, że moje czterdzieści lat życia, to tylko przygrywka, nieświadomy trening do skoku w rzeczywisty wymiar istnienia, którego mógłbym nie poznać nigdy, jak osobnicy zdrowi na umyśle i umrzeć tak jak oni, w błogiej ignorancji... To nie my z domu obłąkanych, to wy jesteście ludźmi z innej planety. ...Coś więcej widzimy, coś więcej czujemy, coś więcej jesteśmy w stanie zrozumieć. I czegoś więcej staramy się domyślić".
      Rzeczywistość, w której przebywa bohater, wydaje mu się, w porównaniu z rzeczywistością normalną "jeśli nie piękniejsza, to stokroć bogatsza.... Olśniewająca, niezapomniana... Taka, że żal, zaprawdę żal z nią się rozstać".
      W obrazach wypełniających chorą imaginację bohatera Obłędu, pojawiają się również momenty odsyłające do realnej rzeczywistości, które, jeśli nie wprost były przyczyną jego choroby, to mogły sprzyjać jej ujawnieniu i przebiegowi. Przyszedł on na świat podczas powstania warszawskiego, w gruzach zbombardowanego domu. "Jeśli ona (matka) nie dostała kota, to w dwadzieścia lat później ja kota dostałem. Musi być porządek w naturze".
      Na jego stan psychiczny mogły się złożyć również stosunki w miejscu pracy, w radiowej redakcji. Jego zwierzchnik miał mu za złe, że bez upoważnienia zbierał wśród ludzi odpowiedź na pytanie "co sądzą o sytuacji politycznej w kraju". Przygotowywał mowę obronną na zebranie redakcji. W jej członkach - swoich kolegach - widział nieprzyjaciół, wysłanników Szatana, który chce zapanować nad jego myślami.
      Wchodził też w konflikt z polską mentalnością, co również dostarczało mu psychicznych napięć. Fragmenty jego monologu - to ostry spór z łatwym, tradycyjnym patriotyzmem, z powierzchowną religijnością, z bezkrytycznym kultem bohaterszczyzny, z polityczną głupotą. Można przypuszczać, że autor Obłędu, korzystając z rekonstruowania wewnętrznego monologu chorego psychicznie bohatera jego powieści, wprowadzał myśli własne, zwłaszcza krytyczne spostrzeżenia dotyczące Polaków. Sytuują się one bowiem na pograniczu wyobraźni chorego i poglądów narratora (autora?), kierującego strumieniem jego wiadomości.
      Tylko ktoś, kto sam przeżył fazę obłędu w swoim życiu, a po niej odzyskał zdolność analizowania własnego doświadczenia, może przedstawić wszystkie ważniejsze zakamarki chorej wyobraźni, która oprócz niezwykłego cierpienia, ma także swoje bogactwo, niezwyczajną intuicję, chwile olśnienia, iluminacji. Z wywołującego przerażenie chaosu "wyłania się konstrukcja zachwycająca na swój sposób logiczną precyzją. Wszystko łączy się w spoistą całość, nie ma zjawisk przypadkowych, ani obojętnych... Nie można zaprzeczyć, że w chorobie tej jest coś wzniosłego, mianowicie to, że cechy swoiście ludzkie ulegają w niej katastroficznemu przerostowi".
      To słowa psychiatry Antoniego Kępińskiego (Rytm życia, Kraków 1972, 194-195). A oto na ten sam temat wyznanie powracającego do zdrowia chorego z powieści Krzystonia: "Inna rzecz... że ten, kto przeżył iluminację zwaną obłędem... winien wszystko co wie, na zawsze trzymać przy sobie, a z depozytu tej wiedzy korzystać z wielką roztropnością. Albowiem jest człowiekiem wybranym i napiętnują go natychmiast, ledwie zdoła się przyznać do charyzmy.... Sam obłęd jest destrukcją albo nie wyjaśnioną grą lęków, rozpaczy, trwóg i udręk, chociaż w tej gehennie zdarzają się olśnienia, iluminacje. Błyski tak nieprawdopodobne, jakby otwierała się przed człowiekiem tajemnica stworzenia. I on sam czuje się zaliczony do wielkich wtajemniczonych... Być może wydobywał się ze mnie wielki krzyk objawienia, najwspanialszych iluminacji bytu, sekretów poukrywanych najgłębiej, więc był to krzyk olśnienia i zachwytu, lecz dla innych nie mógł być niczym innym jak bełkotem, wariackim bełkotem.... Osiągnąłem więc nieosiągalne."
      Antoni Kępiński pisał o niezwykłości i bogactwie przeżyć i wyobrażeń schizofreników. O tajemniczości ich świata. Także o oporze, jaki schizofrenia stawia tym, którzy chcieliby ją zbadać i wniknąć w jej istotę. Za uzasadnione uważał szukanie coraz to nowych ujęć teoretycznych i badawczych. W świetle jego poglądów, Obłęd Jerzego Krzysztonia przedstawia się nie tylko jako ważne dzieło literackie, ale również jako wartościowy obraz schizofrenicznych przeżyć, który może się spotkać także z zainteresowaniem psychologów i psychiatrów.
      W powieści Krzysztonia przewija się też motyw samobójstwa. Nie często, ale w kontekście zwracającym uwagę: "Bywa, że trzeba się zabić - myśli bohater Obłędu. Jeden z pacjentów trzykrotnie usiłował odebrać sobie życie. Personel szpitala zapobiegł jego śmierci". Bohater powieści rozumie pokusę prowadząca do samobójstwa. Sam ją odczuwa i ma pogodne z nią skojarzenia: "Nikomu z nas nie została odebrana radość śmierci". Widząc niepowodzenie współpacjenta w tym zakresie, rozważa: "Więc i ja będę musiał liczyć się z wieloma trudnościami, jeśli przyjdzie co do czego". I przyszło "do tego". Znalazłszy się ponownie w szpitalu, autor Obłędu odebrał sobie życie.

Marian Stępień*


*Autor jest profesorem zw. Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownikiem katedry literatury polskiej.

**Referat wygłoszony w Lublinie w listopadzie 2004 na II Konferencji - Między literaturą a medycyną. zorganizowanej przez Lubelskie Towarzystwo Naukowe, Towarzystwo Chirurgów Polskich w Lublinie i Instytutu Filologii Polskiej i Angielskiej Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Przedmiotem konferencji były problemy psychologiczne pacjentów- ludzi cierpiących w świetle opisów literackich, oraz obserwacji i badań medycznych.

Biuletyn nr 2005/2 - pismo Okręgowej Izby lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Białymstoku.
Dla członków izby lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004  
Redaktor: serwis@bialystok.oil.org.pl  
Data utworzenia: 2005-07-18