Partnerami serwisu są:



Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie oznacza zgodę na ich zapis lub odczyt zgodnie z ustawieniami przeglądarki.
 
Nie pozwolę lżyć lekarzy

Z Maciejem Hamankiewiczem, przewodniczącym Okręgowej Rady Lekarskiej w Katowicach rozmawia Marek Stankiewicz

  • Podobno zamierzasz ubiegać się o fotel prezesa NRL na kolejne cztery lata.
    - Owszem, będę w styczniu kandydował, bo to jest moja naturalna droga w samorządzie lekarskim, z którym związałem się przed 16 laty.

  • Po co specjaliście z dobrą praktyką, ordynatorowi oddziału w Będzinie, urzędnicze stanowisko, w dodatku trzysta kilometrów od domu?
    - Niekoniecznie trzysta. Spora część mojej rodziny pochodzi z Warszawy i tam mieszka. Ja zresztą też mam mieszkanie w Józefowie, który niemal przylega do prawobrzeżnej Warszawy. W ogóle czuję się bardziej warszawiakiem niż niejeden mieszkaniec stolicy, który chce uchodzić za warszawiaka. Ja mam duszę społecznika i tkwi we mnie głęboko potrzeba uzupełnienia o coś więcej mojego lekarskiego powołania. Jakoś nie widzę się w partii politycznej i innych organizacjach poza tymi, które są związane z moim zawodem. Moje miejsce jest w izbie lekarskiej. Tu mogę zrobić najwięcej.

  • Wystarczy ci na to wszystko czasu? A może już znudziło ci się leczenie chorych?
    - Jedyną moją obawą jest przekonanie otoczenia, że działalność w izbie musi oznaczać rozstanie z zawodem. Przecież urzędujący prezes NRL Konstanty Radziwiłł ani na chwilę nie przestał praktykować jako lekarz rodzinny. Izba lekarska to nie jest miejsce dla zawodowych nieudaczników, lecz dla ludzi, którzy w naszym zawodzie coś znaczą, prezentują wysoki poziom i trzymają etyczne standardy. Jeśli nie, zwyczajnie przepadną w wyborach.

  • Podobno chcesz przewietrzyć "warszawkę" we władzach naczelnych?
    - Ja pochodzę z Zagłębia i wiem czym pachną lokalne uprzedzenia i antagonizmy. W Warszawie uchodzę za Ślązaka, a w Katowicach za nie-Ślązaka. To jest myślenie głupie i godne wyśmiewania. Jesteśmy w inteligenckim środowisku, które musi korzystać z innych kryteriów wyboru. Prezes NRL nie ma żadnych uprawnień, aby cokolwiek lub kogokolwiek przewietrzać. Jest wyłaniany w odrębnych wyborach. Jedynym jego zmartwieniem powinno być to, aby do Naczelnej Rady Lekarskiej wybrano lekarzy, którzy będą mu sprzyjać i pomagać.

  • W internetowym rankingu lekarzy otrzymałeś oceny bardzo dobre i bardzo złe. Czy uważasz, że pacjenci mają prawo dzielić się opiniami o lekarzach?
    - Wyrażanie opinii nie jest niczym złym. Gorzej, jeśli fora internetowe, choćby takie jak www.mordercy.com stoją otworem dla sfrustrowanych i złośliwych ludzi. Lekarze powinni poznawać opinie pacjentów, ale pochodzące z poważniejszych i wiarygodnych badań ankietowych.

  • A czy plebiscyt na "Najlepszego Lekarza Śląska", którego laureatem byłeś w 2000 r., był wiarygodny?
    - To był plebiscyt wielkonakładowego "Dziennika Zachodniego", na który napłynęło mnóstwo ankiet, a moją kandydaturę zgłosili pacjenci. Zwycięstwo w takim plebiscycie jest miłe, ale ja nie nadaję mu szczególnego znaczenia.

  • "Śląska Izba Lekarska jest opanowaną przez gangsterów gwardią pretorianów, szczwanych lisów z podstępnymi łbami". Pamiętasz kto to powiedział?
    - Tzw. Profesor Kazimierz Piotrowicz, mechanik, producent wkładek ortopedycznych i łóżek.

  • Brawo! Zagoniłeś tego oszczercę przed sąd, który go skazał, a cała lekarska Polska podziwiała jak dzielnie bronisz honoru lekarzy i nie pozwalasz ich poniżać, odzierać z godności i mieć za nic. Dla wszystkich jesteś taki nieprzejednany?
    - Nieprzejednany jestem tylko dla tych, którzy poniżają lekarzy. Nie pozwolę nikomu lżyć lekarzy. Właśnie przed chwilą złożyłem doniesienie do prokuratury z podejrzeniem popełnienia przestępstwa przeciwko właścicielowi strony internetowej www.mordercy.com.
    Uważam, że zaufanie społeczne do lekarza jest gruntem, na którym stoi lekarz. Jego wykształcenie i wiedza są istotne, ale jeśli zostanie pozbawiony tej aureoli kapłaństwa i jeśli komuś uda się podważyć zaufanie do niego, nie jest w stanie skutecznie wykonywać zawodu. Niestety, nieszczęściem ostatnich lat jest to, że każdy może publicznie i bezkarnie mówić i pisać o lekarzach, co tylko chce. Brednie również. Zadaniem izby lekarskiej jest ten fatalny stan sprowadzić z głowy na nogi.

  • Czy uległość wobec oszczerców to błąd izby lekarskiej?
    - Błąd to chyba za duże słowo. To symptom czasu, który nas zaskoczył. Przez wiele lat przyzwyczailiśmy się, że nikt nam nie może odebrać palmy pierwszeństwa w rankingach zaufania społecznego. Aż tu nagle gwałtownie polecieliśmy w dół. Teraz trzeba to odbudować.

  • A da się to odbudować?
    - Oczywiście. Ale musimy stanowczo reagować tam, gdzie lekarzom dzieje się krzywda i również tam, gdzie lekarzom zdarza się plamić dobre imię zawodu. Pamiętaj, że obecnie skala agresji pacjentów wobec lekarzy jest gigantyczna.

  • Czy polscy lekarze są dobrze wykształceni?
    - Tak, nawet bardzo dobrze. Fala emigracji lekarskiej, która tu, na Śląsku, zawsze była bardzo wysoka, potwierdza zapotrzebowanie na naszych lekarzy. Koledzy z mojego szpitala wyjechali jeszcze niedawno do Anglii, Irlandii czy Walii na stanowiska asystentów, a są już dziś konsultantami czy samodzielnymi specjalistami z godną ich wiedzy pensją.

  • Czy dentyści w samorządzie są zdominowani przez lekarzy?
    - Taką tezę konsekwentnie kuje niewielka, ale hałaśliwa grupa skupiona wokół Roberta Stępnia, lekarza dentysty z Nowej Huty, wiceprzewodniczącego krakowskiej izby lekarskiej. Powiem krótko, w izbie lekarskiej dentyści otrzymują o wiele więcej pieniędzy niż lekarze innych specjalizacji, mimo że płacą taką samą składkę. Dominacja polega na dofinansowaniu tej grupy przez innych lekarzy. Chciałbym być tak zdominowany!

  • Czy izba lekarska popełnia błędy?
    - Wszystkim się one przytrafiają. Zależy co masz na myśli. Nie mam gotowej na to odpowiedzi.

  • Potrafisz wymienić trzy kardynalne błędy, jakie przydarzyły się samorządowi lekarskiemu w minionym dwudziestoleciu?
    - Nie potrafiliśmy podczas tworzenia systemu ubezpieczeniowego w Polsce stworzyć skutecznego lobby, które pozwoliłoby zabezpieczyć interesy lekarzy i pacjentów. Daliśmy się po prostu z tego systemu wypchnąć. Nie wiedzieć czemu naszych kolegów i koleżanki, wcześniej działaczy samorządu, którzy obejmowali wysokie stanowiska państwowe, w tym ministrów i wiceministrów, szefów NFZ-u
    traktowaliśmy jak przeciwników i nieprzyjaciół. Z pewnością wykazaliśmy zbyt małą aktywność w walce o wyższe wynagrodzenia lekarzy. Ogromna rzesza lekarzy uważa to za powinność izby lekarskiej. Ja uważam, że sporo się udało załatwić, ale dla wielu jest to wciąż zbyt mało. Nie udało nam się przejąć pod skrzydła izby lekarskiej kształcenia specjalizacyjnego. W kształceniu podyplomowym narzuciliśmy sobie takie rygory zdobywania punktów edukacyjnych, że liczba osób, które postanowiły się w ogóle z nich rozliczyć, jest minimalna. Aktywność lekarzy w kształceniu zawsze była wysoka i nie ma potrzeby ich gonić do wiedzy.

  • Czy minister zdrowia to sojusznik czy przeciwnik lekarzy?
    - Mogę śmiało powiedzieć, że dotychczasowi ministrowie zdrowia dezorganizowali pracę i nie pomagali lekarzom w prawidłowej opiece nad pacjentami. Nie wywiązywali się również z ustawowego obowiązku refundacji kosztów przejętych od administracji państwowej. Może z wyjątkiem prof. Grzegorza Opali, który krótko urzędował w rządzie Jerzego Buzka, ale uczciwie rozliczył się z samorządem za ofiarne i sumienne wykonywanie przezeń zadań zleconych przez państwo.

  • Czy związki zawodowe to istotne uzupełnienie uprawnień izby lekarskiej czy tylko kula u jej nogi?
    - Związki zawodowe mają inne uprawnienia ustawowe niż izba lekarska. Mogą i powinny działać razem. Związkowiec ma duszę bojownika. Wiem, co mówię, bo byłem związkowcem. Tam się działa bardziej emocjonalnie niż racjonalnie. W samorządzie przeważa język rozwagi i poszanowania prawa. Współpraca ze związkami zawodowymi jest ważna. Bez nich nie udałoby się nic w sprawach płacowych.

  • Śląscy liderzy związku Tomasz Underman i Maciej Niwiński skarżą się, że ich systematycznie lekceważysz. Za co nie lubisz OZZL-u?
    - Z Maciejem Niwińskim współpracujemy od dawna i niemało razem zrobiliśmy. Śląska Izba Lekarska zawsze dokładała się finansowo. Nie powiem ile, bo nie chciałbym wypominać. Ale to ja zorganizowałem lekarzy do marszu protestacyjnego w Warszawie. Do naszych autokarów łaskawie wsiedli nieliczni działacze OZZL-u i kilkunastu studentów medycyny. W gorącym okresie walki o wynagrodzenia powołaliśmy w Śląskiej Izbie Lekarskiej komitet porozumiewawczy, którzy skupiał wszystkie związki na równych zasadach. Koledzy ze śląskiego OZZL-u uważali jednak, że należy im się bardziej eksponowane miejsce. O ile z innymi związkami, np. "Solidarnością" szybko uzyskiwaliśmy consensus, liderzy OZZL-u obrażali się, opuszczali demonstracyjnie obrady, komentując, że "z takim towarzystwem nie chcą mieć nic wspólnego". Kolegę Tomasza Undermana traktowałem jako związkowca tylko do momentu, kiedy w 2006 r. zgodził się zostać pełnomocnikiem dyrektora placówki ochrony zdrowia w Rudzie Śląskiej. Ludzi, którzy zmieniają poglądy w zależności od własnych korzyści, ja po prostu nie lubię. I jeszcze ostatni przykład. W kwestii tzw. procesów Misiowych OZZL najpierw namawiał lekarzy do wytaczania procesów w sądach powszechnych, a potem Śląski oddział OZZL-u przysłał do mnie lekarki, które przegrały. Do procesu namówił ich OZZL, ale gdy przegrały - OZZL wymyślił, że to nie związek, lecz izba ma dać im przegrane pieniądze.

  • Nie można się z nimi jakoś dogadać?
    - Można, tylko oni muszą chcieć. W swojej działalności nie stawiam na walkę, lecz na współpracę. Również ze związkami. Ale każda współpraca musi mieć na celu dobro lekarzy. Chciałbym więc, żeby lekarze czuli się bezpiecznie w obliczu negatywnych skutków procesów. Jeśli dana organizacja namawia lekarza do procesu, to ona musi pomóc lekarzowi w przypadku przegranej.

  • Trzymam cię za słowo! Podaj przykład, kiedy to izba pomyślała o rozliczeniach.
    - Tak, teraz jest kolejna sprawa pt. "Chcemy zarabiać tyle co rezydenci". Musimy przejść przez procesy sądowe, które pewnie ktoś przegra. Nie wiem kto. Izba ma na to pomysł, bo przygotowaliśmy stosowny fundusz dla tych lekarzy, którzy złożą pozew.


    Skala agresji pacjentów
    wobec lekarzy
    jest obecnie gigantyczna


    Maciej Hamankiewicz, 55 lat, doktor nauk medycznych. Absolwent Śląskiej Akademii Medycznej. Od 1994 r. ordynator Oddziału Wewnętrznego B Szpitala Powiatowego w Będzinie. Laureat plebiscytu Najlepszy Lekarz Śląska 2000. Od 2001 r. przewodniczący ORL w Katowicach, wcześniej - jej skarbnik. Członek NRL. W przeszłości działacz harcerstwa i Komitetu Charytatywnego Pomocy dla Internowanych i Uwięzionych. Od 1980 r. związany z "Solidarnością". Obecnie zasiada we władzach Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Żona Ewa jest lekarzem neurologiem. Mają trójkę dzieci. W wolnych chwilach, których ma niewiele, lubi czytać książki i słuchać muzyki, w dłuższych wolnych chwilach - uwielbia podróżować. Trudno mu też ominąć muzeum nie wchodząc do środka.


  • Wstecz  
    W górę ekranu  
    Copyright (c) 2005  
    Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
    Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
    Data utworzenia: 2009-11-09