Partnerami serwisu są:



Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie oznacza zgodę na ich zapis lub odczyt zgodnie z ustawieniami przeglądarki.
 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2006 Gazety Lekarskiej  Numer 2006-05  Lekarze w II Rzeczypospolitej (6) - Na ratunek! 

W sierpniu 1897 r. Warszawę odwiedził car Mikołaj II. W przeddzień przybycia Jego Wysokości zażądano od Towarzystwa Doraźnej Pomocy Lekarskiej, aby zorganizowało 20 posterunków ratowniczych na drodze przejazdu cara z Dworca Wileńskiego do Łazienek.

Wspominający to wydarzenie dr Józef Zawadzki nadmienia, że zadanie to dla instytucji mającej 6 lekarzy i tyluż sanitariuszy zdawało się ponad siły. A jednak, dzięki solidarnej pomocy lekarzy warszawskich, udało się zorganizować 20 posterunków, każdy złożony z lekarza i dwóch sanitariuszy, posiadających nosze i środki opatrunkowe, i rozstawić je w bramach domów, sklepach i szpitalach tak, że na dwie godziny przed terminem przejazdu gościa były gotowe do niesienia pomocy.
Wyczyn warszawskiego pogotowia ratunkowego musiał zrobić na carskiej świcie i na miejscowej administracji niezwykłe wrażenie, skoro w dwa dni później załogę jednej karetki przedstawiono w szpitalu Ujazdowskim carowi i carycy. Ci gratulowali lekarzom sprawności.
Bardziej od tego zaszczytu liczył się uzyskany efekt - odtąd miejscowa administracja udzielała pogotowiu i warszawskiemu Towarzystwu Doraźnej Pomocy Lekarskiej bezwzględnego poparcia.
Wydarzenie to zaprezentowało pogotowie ratunkowe oraz jego społeczne, dobroczynne, samarytańskie zaplecze - Towarzystwo Doraźnej Pomocy Lekarskiej. Opisał to wszystko dr Józef Zawadzki, lekarz, później prezes pogotowia i współtwórca Towarzystwa.
Pomysłodawca stworzenia w Warszawie pogotowia Józef Zawadzki nakłonił w styczniu 1896 r. do współpracy i finansowania przedsięwzięcia bogatych sponsorów: hrabiego Konstantego Przeździeckiego i jego brata Gustawa. Zredagowali oni statut towarzystwa dobroczynnego, bo tylko dobroczynność nie budziła podejrzliwości carskich czynowników. Po roku otrzymali łaskawą zgodę na zawiązanie Towarzystwa Doraźnej Pomocy Lekarskiej. Dnia tego nie doczekał hr. Konstanty Przeździecki - według przekazu - inicjator i założyciel Towarzystwa. Jego brat, Gustaw, obdarował Towarzystwo niebagatelną sumą 3 000 rb na zorganizowanie w Warszawie pogotowia. Razem ze sprzętem, który pochodził ze zorganizowanej równolegle wystawy ratowniczej, dar braci Przeździeckich wyniósł 10 000 rb. Pozwoliło to na otwarcie w lipcu 1897 r. pierwszej stacji pogotowia w Warszawie. W ten sposób Warszawa, co prawda po Lwowie i Krakowie, ale jako pierwsza w carskim imperium mogła się szczycić pogotowiem doraźnej pomocy lekarskiej. Do historii przeszli też bracia Konstanty i Gustaw Przeździeccy.
Idea zorganizowanej pomocy lekarskiej nie pojawiła się wtedy w Europie przypadkowo. Powstała po tragicznym w skutkach pożarze Ringteatru w Wiedniu. Gazety pisały o setkach ofiar poparzonych, podeptanych i zaduszonych w płonącym teatrze, którym nikt nie mógł udzielić szybkiej, natychmiastowej, doraźnej pomocy. Wtedy to wiedeński lekarz, baron Mundy powziął myśl zorganizowania instytucji pogotowia ratunkowego, opartego na samarytańskiej idei niesienia pomocy bliźniemu.
Otwarcie stacji pomocy doraźnej Mundyego w Wiedniu stało się wydarzeniem, a jej idea promieniowała na Europę. Placówkę tę w 1890 r. zwiedził Józef Zawadzki i przez siedem lat zabiegał o odwzorowanie jej w Warszawie. Udało mu się to wreszcie w lipcu 1897 r. I dzięki wrażeniu, jakie już w sierpniu pogotowie zrobiło na carskiej świcie - uzyskało ono zielone światło dla swych poczynań.
Na warszawski wzór powstały towarzystwa i zorganizowano pogotowia w Łodzi, Wilnie, Kijowie, Odessie, Petersburgu, Charkowie, Tomsku i innych miastach Cesarstwa Rosyjskiego. W czasie wojny powstało towarzystwo i pogotowie w Lublinie, a już w wolnej Polsce w Poznaniu i Białymstoku.
Warszawskie Towarzystwo Doraźnej Pomocy Lekarskiej zdobywało fundusze ze składek członków, imprez dobroczynnych i wpłat sponsorów, a także z odpłatnych przewozów. Pozwoliły one na przeniesienie stacji z baraku Deckera, gdzie ją przejściowo zlokalizowano, do stałej siedziby przy ul. Leszno 25, blisko dzielnicy fabrycznej, a także z dogodnym połączeniem ze śródmieściem. W ciągu pól roku Towarzystwo pozyskało ponad 16 000 rb, a więc półtora razy więcej od daru braci Przeździeckich. W pomieszczeniu przy ul. Leszno przerobiono parter na salę opatrunkową, mieszkania dla personelu, wozownię oraz stajnię, a pierwsze piętro na pokoje dla lekarzy dyżurnych i biuro.
Liczba wezwań wzrastała tak szybko, że trzeba było po trzech miesiącach zwiększyć personel początkowo do 8, a później 16 lekarzy, wspomaganych przez tyluż sanitariuszy.
Do wezwań wyjeżdżały karety zaprzężone w konie. Z tamtego czasu przetrwała też zdrobniona nazwa "karetek" pogotowia. Na początku, przy jednej karecie-karetce, wystarczał jeden woźnica. W ciągu roku zaplecze rozrosło się do 12 koni i 5 woźniców. W pogotowiu dyżurowało jednocześnie 2-3 lekarzy, niekiedy wzywano czwartego, a i wtedy zdarzało się, że na miejscu nie było przez pewien czas lekarza.
Historia sprawiła, że w niedalekiej przyszłości lekarze i sanitariusze warszawskiego pogotowia ratunkowego będą mieli pełne ręce roboty. Do normalnych w wielkomiejskim środowisku wypadków ulicznych, ran, stłuczeń, zasłabnięć i nagłych zachorowań dochodziły rany kłute na skutek wzrostu na przełomie wieków rozbojów i nożownictwa.
Poza pojedynczymi jednak faktami zabójstw i ran - napisze w 40 rocznicę powstania pogotowia dr Zawadzki - jego kronika obfituje w fakty pierwszorzędnego historycznego znaczenia, odzwierciedlającego ruch rewolucyjny, rozpoczęty w 1904 r.
27 kwietnia 1904 r. wyjechały dwie karetki z trzema lekarzami na ul. Dworską, gdzie policja otoczyła tajną drukarnię. Marcin Kasprzak z konspiratorami bronili się przed pojmaniem strzałami z pistoletów, raniąc 6 policjantów.
13 czerwca miało miejsce masowe wystąpienie ludności Warszawy. Kozacy oddali do tłumu dwie salwy, po których lekarze i sanitariusze pogotowia zebrali z ulicy 17 ofiar.
Najwięcej ofiar było po manifestacji zorganizowanej przez PPS 13 listopada 1904 r. na pl. Grzybowskim. Przed kościołem Wszystkich Świętych i na ul. Bagno policja strzałami z rewolwerów rozpędzała tłumy. Pierwsze ofiary pogotowie ratunkowe zabrało w południe. Po południu wojsko wezwane z koszar oddało kilkakrotnie salwę. Było 40 ofiar spośród uczestników demonstracji i przypadkowych przechodniów.
27 stycznia 1905 r. ogłoszono strajk polityczny. W ciągu 3 najbliższych dni demonstrowali robotnicy w dzielnicy fabrycznej Wola, a na Marszałkowskiej korzystający z zamieszania rabusie rozbijali wystawy i atakowali sklepy. Policja użyła broni. Pogotowie zbierało rannych w pełnych ciemnościach, ponieważ demonstrujący porozbijali latarnie. Naliczono 105 ofiar z ranami postrzałowymi.
1 maja 1905 r. od salw policji do manifestantów padło 49 osób, którym udzielało pomocy pogotowie. Maj był w tym roku krwawy, w pogotowiu naliczono 137 wypadków w czasie wystąpień zbiorowych.
27 października, znów po ogłoszeniu strajku, na tłum demonstrujący na pl. Teatralnym natarli Kozacy. Pogotowie opatrzyło 26 rannych.
Kronika pogotowia dzień po dniu odnotowuje wyjazdy do ofiar wypadków, które trafiły później na karty historii. Miesiąc po miesiącu, rok po roku - aż do wybuchu wojny w 1914 r.
Z chwilą rozpoczęcia wojny - wspomina Józef Zawadzki - pogotowie wkroczyło w nową fazę działalności. Już w pierwszych dniach sierpnia zajęło się przewozem rannych żołnierzy do szpitali. Udzielało pomocy ofiarom bomb zrzucanych przez samoloty. Kiedy zabrakło miejsc w szpitalach - utworzyło własny tymczasowy szpital na 50 łóżek. Do połowy grudnia naliczono 104 ofiary.
Tak było przez całą wojnę, aż do odzyskania przez Polskę niepodległości.
Dni listopadowe 1918 r. przeszły bez rozlewu krwi. Rozbrojenie Niemców odbyło się niemal zupełnie bezkrwawo. I pierwsze dni wolności, choć od razu zmącone strajkami i usiłowaniami wysłańców Sowietów wywołania rewolucji socjalnej, były spokojne i nie zaznaczyły się niczym w dziejach pogotowia. Kilka ofiar dała manifestacja bolszewicka przy zbiegu ul. Fredry, poza tym były ofiary zwykłych wypadków.
W walkach o Lwów i wschodnią Małopolskę pogotowie mogło już wysłać karetki pogotowia, unieruchomione przez Niemców, którzy w czasie okupacji Warszawy zabrali samochodom ogumienie. Pod Lwów pogotowie wysłało również pociąg ratowniczy z personelem medycznym.
A gdy w r. 1920 nawała bolszewicka podeszła pod mury Warszawy, pogotowie zajęło się organizowaniem pomocy na ulicach stolicy. Na szczęście organizacja ta, która miała wyznaczone posterunki i przygotowany personel, okazała się zbędna, wspólny bowiem wysiłek wojska i narodu uchronił stolicę.
Krwawo zapisał się maj 1926 r. Dn. 12 maja wieczorem zawezwane zostało pogotowie na pl. Zamkowy, gdzie rozpoczęło się natarcie wojsk pod wodzą Marszałka Piłsudskiego. Od tej pory do wieczora dn. 14 maja nie ustawała walka na ulicach Warszawy i rosła liczba ofiar. Rannych od broni palnej naliczono 1036.
W ten sposób dzieje pogotowia wpisał jego założyciel w polską historię.
W 1937 r., w czterdziestolecie powstania Towarzystwa Doraźnej Pomocy Lekarskiej, dr Józef Zawadzki - wieloletni i niezwykle doświadczony organizator pomocy doraźnej - podzielił się refleksją adresowaną do administracji medycznej i lekarzy:
Pomoc doraźna o tyle tylko może być skuteczna, o ile będzie się odbywać według zasad wiedzy lekarskiej. Jeżeli gdzie, to właśnie w pomocy lekarskiej doraźnej na ulicy miasta pomoc ta musi być dokładna. Od pierwszego opatrunku w złamaniach, ranach postrzałowych zależy częstokroć dalszy przebieg choroby, a od dobrego ratunku w otruciu często i życie chorego. Od początku istnienia pogotowie ratunkowe wzięło sobie za zasadę, aby ratownictwo oddać w ręce lekarzy doświadczonych i tak konsekwentnie przeprowadza tę zasadę, że kandydat na lekarza dyżurnego, nim otrzyma nominację - niezależnie od swego stażu lekarskiego - musi przynajmniej przez miesiąc odbyć praktykę w pogotowiu. Można bowiem być dobrym lekarzem w spokojnej atmosferze szpitala, a nie umieć dać sobie rady działając na ulicy, często wobec podnieconego tłumu. Tu jest potrzebna szybka decyzja, orientowanie się w sytuacji i doskonale wyrobiony takt życiowy, który nabyć można po oswojeniu się z rodzajem pracy oraz z charakterem i nastrojem ulicy.

Zygmunt Wiśniewski

Gazeta Lekarska 2006-05 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04