Partnerami serwisu są:



Nasza strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie oznacza zgodę na ich zapis lub odczyt zgodnie z ustawieniami przeglądarki.
 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 1999 Gazety Lekarskiej  Numer 1999-04  Listy do Redakcji 

Listy do Redakcji

 

Byli polscy lekarze

Jestem młodym lekarzem. Zdecydowałem się napisać do "Gazety Lekarskiej", bo poruszyły mnie listy byłych polskich lekarzy - Pana Jerzego z Kanady i Pana Mariusza z Niemiec. Dobrze jest krytykować innych, gdy samemu się dobrze zarabia, jest ciepło, można dobrze zjeść, zaprosić ukochaną osobę do kawiarenki, wyjechać na wczasy, kupić od czasu do czasu jakiś ciuch.

Niestety, tacy jak ja muszą żyć i pracować w tym "chorym" - zniszczonym przez polityków, biednym kraju. Można tu żyć biednie i nie brać łapówek, bo to zależy od charakteru człowieka, a nie od wykonywanej pracy. Obecnie żyjemy w wolnym państwie, więc mogą panowie wrócić do Polski i pracować dalej w zawodzie lekarza za 250 dolarów kanadyjskich lub 350 marek niemieckich. Do wyboru, bo dziś już można wymienić złotówki w banku.

Może (a raczej na pewno) zabiegi medyczne w "waszych krajach" to doskonały interes. U nas za wykonanie operacji chirurg może sobie kupić hamburgera i coca-colę, a szpital z tego tytułu popada w długi. Myślę, że Pan Jerzy nie rozumie sytuacji szpitala w Łodzi i jego lekarzy, bo jest już obywatelem Kanady.

A do wiadomości Pana Mariusza. Lekarze nie blokują reform, tylko nie chcą już być niewolnikami, a pełnoprawnymi obywatelami pracującymi w ludzkich warunkach i mieć życie osobiste, takie jak ludzie w krajach cywilizowanych. Jestem absolwentem Pomorskiej Akademii Medycznej, z którą jestem silnie emocjonalnie związany i jestem z niej dumny. Obecnie odbywam staż podyplomowy na wolontariacie. Ministerstwo obiecywało pieniądze dla stażystów i jak zwykle skończyło się na obietnicach. Pracuję w bankrutującym Szpitalu Wojewódzkim w Legnicy. Pamiętam z jaką to fetą i zadowoleniem otwierano ten szpital przed sześcioma laty po bez mała dwudziestu latach budowy. Wszyscy się cieszyli, bo mogli się wreszcie wyprowadzić z pełnej karaluchów i grzyba nory, jaką był stary rozsypujący się szpital. Dzisiaj nowy szpital stoi na skraju upadłości i nikogo nie interesują chorzy i cierpiący ludzie. Urzędnicy uważają, że pacjenci mogą się leczyć w oddalonym o 70 km Wrocławiu.

Pomimo że wciąż egzystuję dzięki moim rodzicom, to jest mój kraj i wolę tu żyć biednie i być rozumianym przez ludzi.

lek. Paweł Krawczuk

Legnica

  

Lekarskie zaniedbania

Red. Jerzy L. Kurkowski

Kilka dni przed przeczytaniem Pańskiego artykułu na temat błędów, zaniedbań lekarskich i co się z tym robi w Polsce, złożyłem skargę na to, co zaobserwowałem i czego doświadczyłem jako lekarz i bliski krewny pacjenta.

Przyznaję, że artykuł pana bardzo podniósł mnie na duchu i był, chyba pierwszym, poruszającym ten bardzo niewygodny i wstydliwy temat, który przeczytałem w gazecie branżowej. Powiem więcej! W pańskich wypowiedziach słyszałem własne, dosłownie zdania i myśli! Naprawdę szczerze Panu gratuluję odwagi i podziwiam!

Rzeczywiście, na tym polu dopuszczono do wielu zaniedbań, których owocem jest sprawa, której doświadczyłem. My, lekarze zostawiliśmy gdzieś zasady etyki, moralności, odpowiedzialności zawodowej.

Nie ukrywam, że chciałbym, aby z przypadkiem mojego krewnego zapoznali się ludzie, którzy mają wpływ na kształtowanie nowych kadr, nowego wizerunku naszej rzeczywistości, ale czy to już nadszedł taki czas? Dołączam kopie listów (przyp. - do wiadomości Redakcji) wysłanych i otrzymanych w związku ze sprawą choroby mojego krewnego i uprzejmie Pana proszę o radę, co dalej z tym robić? Bo jestem przekonany, że podjąłem działania w słusznej sprawie, tylko nie wiem, czy nie za wcześnie, czy nie zaszkodzę sobie w znacznym stopniu? Już teraz jestem bez pracy i mam marne widoki, żebym otrzymał pracę zgodnie ze swymi kwalifikacjami. Ale teraz, tak na gorąco myślę, jeśli marne, to cóż mi może właściwie zaszkodzić? Jeśli jestem przekonany o słuszności podjętych działań, to mogę oczekiwać tylko satysfakcji. Niczego więcej!

Jeszcze raz dziękuję za wspaniały artykuł. Byłem mocno uradowany, gdy go przeczytałem i pomyślałem sobie, że wreszcie znalazł się ktoś odważny i tak jasno napisał o tym bagnie.

Z poważaniem

lek. Aleksander Leppert

Wrocław

  

Trzecia dama

Z wielkim ubolewaniem obserwuję miotanie się organizacji lekarskich wokół reformy polskiej medycyny. Sytuacja nasza przypomina brydżowy impas. Trzecia dama na impasie nigdy nie weźmie, nawet jeśli będziemy konsultowali się z największymi ekspertami od tej gry.

Żądania płacowe lekarzy też nigdy nie zostaną spełnione, gdyż rząd nie jest płatnikiem naszych pensji. Kasy chorych nie są zainteresowane wzrostem swoich wydatków na lekarskie wynagrodzenia. Najprawdopodobniej chciałyby, abyśmy pracowali za darmo. Pieniądze, jakie kasy chorych płacą za nasze usługi wynoszą 6-8 zł na godzinę.

Żądania stawiane przez związki zawodowe podniesienia składki z 7,5 do 11% są bezsensowne. Ani obecna, ani następna koalicja, bez względu na barwy jakie będzie reprezentowała, nigdy tego nie zrobi. Jest to jedna z najpewniejszych rzeczy na tym świecie. Po co więc tracić czas na bezprzedmiotowe spory?

Myślę, że lepszym wyjściem byłoby zmodyfikowanie finansowania medycyny poprzez wycofanie z kas chorych pieniędzy przeznaczonych na nasze płace i zwrócenie tych pieniędzy rządowi. Wtedy jako urzędnicy państwowi, będziemy opłacani przez rząd, tak jak sędziowie, administracja, samorządy, parlament. Wtedy będziemy mieli z kim negocjować wysokość naszych płac, rząd będzie stroną we wszelkich konfliktach. Kasa chorych zajęłaby się jedynie finansowaniem leczenia w pełni tego słowa znaczeniu. Dyrektorzy szpitali nie musieliby obcinać naszych zarobków, gdyby zabrakło im pieniędzy na leczenie i odwrotnie nie będą zabierali pacjentom na nasze pensje. Obecnie jesteśmy w strasznym impasie, tak jak ta trzecia dama na ręku, którą bez względu na wszystko musimy stracić.

W dzisiejszej rzeczywistości będziemy tylko tracić, zarabiać coraz mniej, nie będzie awansów, indeksacji płac. Polska medycyna straci wielu dobrych specjalistów, bo redukcje kadr działają najczęściej wg klucza układowego a nie merytorycznego. Wielu dobrych lekarzy nie wytrzyma ciśnienia i zrezygnuje z pracy w zawodzie. Nowe pokolenia medyków nie będą odbierały dyplomów, bo przecież i tak nie znajdą pracy. Znam wielu kolegów z młodszych roczników, którzy już od dawna nie pracują w zawodzie, a wybór medycyny traktują jako swój największy błąd życiowy. To przerażające !

dr n. med. Janusz Tyszka

Warszawa

 

Dramatyczne wybory

Jestem chirurgiem. Mam 65 lat. Znam pracę anestezjologów. Sam znieczulałem ogólnie i opiekowałem się chorymi na oddziale intensywnej terapii w Polsce i w Niemczech. Wobec mojej moralnej niezgody na warunki pracy odszedłem od zawodu. Była to moja decyzja indywidualna i osobista. Takie wybory lekarz podejmuje sam. To są wybory dramatyczne. W ustroju demokratycznym, którego się dopiero uczymy, nie można głosować wyborów moralnych i dramatów indywidualnych. Zawsze w naszym zawodzie kierujemy się moralnością i etyką zawodową. Jeżeli nie, sprawiamy "zawód" innym. To proste.

Z poważaniem

dr n. med. Zdzisław Wirga

wirgaz@wlkp.top.pl

  

Druga reforma Balcerowicza

Pan wicepremier

Minister Finansów

Prof. Leszek Balcerowicz

Warszawa

Szanowny Panie Ministrze,

Podczas pierwszego dnia obrad plenarnej sesji Sejmu RP 17 lutego br. byłam (za pośrednictwem tv) świadkiem Pańskiego wystąpienia. zawsze słucham i czytam z uwagą, co Pan ma do powiedzenia współobywatelom, gdyż od czasu wielkiej reformy Balcerowicza jestem "fanem" Pańskich idei i determinacji wprowadzania ich w życie. Wspomnianego dnia w samo południe powiedział Pan, jak bardzo jest przeciwny protestom pracowników służby zdrowia, a strajk anestezjologów nazwał Pan "głęboko niemoralnym". W Pańskim - i nie tylko - przekonaniu był Pan wyrazicielem powszechnie panującej w Polsce opinii. Ani jednym słowem nie nawiązał Pan do podstaw tego sporu, postrzegając reformę służby zdrowia, podobnie jak jej autor, Kolega z Rady Ministrów, jako świetne panaceum na jej wszelkie choroby.

Zgadzam się z Pańską opinią o marnotrawstwie w organizacji służby zdrowia. Obserwuję to od wielu lat. Nie tylko moim przekonaniem jest, że nieodpowiedzialna i niekompetentna działalność ubiegłej koalicji w zakresie centralnego zarządzania opieką zdrowotną osiągnęła apogeum. Np. świadomość istnienia piramid długów wobec przedsiębiorczych dostawców sprzętu i leków była powszechnie znana. Natomiast przez sfery rządzące traktowana była per non est, co oczywiście zachęcało miejscowych decydentów funduszy centralnych do "wyścigu zbrojeń" na zasadzie przyjmowania "darowizn" tylko za podpis pod wartością darowizny. W znacznym stopniu przyczyną tej patologii były niskie fundusze na wyposażenie jednostek służby zdrowia. Zemściło się to w sposób niezwykle szkodliwy na instytucji Skarbu Państwa. Jest to ważny, ale nie jedyny powód zapaści. Dlatego zgadzam się z twierdzeniem, że taka organizacja zdrowia jest studnią bez dna. I nie zmieni tego źle przygotowana i wprowadzana reforma. Apel o "100 dni spokoju" brzmi niewiarygodnie, a hasło "reforma ma służyć pacjentom" budzi sprzeciw, ponieważ pacjent jest potrzebny lekarzowi tak, jak lekarz choremu. Próba ratowania bilansu równowagi pomiędzy stronami jest obowiązkiem nas, zależnym od budżetu, i Was, jego dysponentów.

Jestem lekarzem z blisko 50-letnim stażem pracy w zawodzie. Od 30 lat jestem anestezjologiem. Jestem też obecnie świadkiem (a nie uczestnikiem z racji głębokiego wewnętrznego rozdarcia) dyskusji, analiz, potępieńczych swarów, prób wyjścia z utrwalonej od lat upokarzającej sytuacji ubóstwa materialnego: "gdybyśmy chcieli ślubować dozgonne ubóstwo, wstąpilibyśmy do zakonu, a nie na studia medyczne".

Z czego wynika wewnętrzne rozdarcie, które wszak nie jest wyłącznie moim udziałem? Otóż, gdy tak często pada nazwisko naszego wielkiego patrona Hipokratesa, użyte przeciwko protestującym lekarzom, niech mi będzie wolno przypomnieć, że pisał on między innymi: dolorem sedare opus divinum est (uśmierzyć cierpienie jest dziełem bogów), podnosząc lekarzy (wszak ludzi) do rangi bogów. Miał rację. Prestiż zawodu przez blisko 25 wieków był funkcją tej rangi, a jej "nadbudowę" stanowił etos zawodu.

Etos zawodu - etos inteligencji przez kilkadziesiąt lat był niszczony, jako potencjalna przeszkoda w formowaniu społeczeństwa pozbawionego suwerenności. Nie pozostało z niego wiele, czy odrodzi się z popiołów?

A tymczasem obecnie, w niezwykle zmaterializowanej rzeczywistości, dla wielu ludzi "mieć" jest celem samym w sobie. Wprawdzie są jeszcze zwolennicy "mieć, aby być", ale rzeczywistość nie sprzyja temu hasłu. Rzeczywistość, w której górnik ma 3-krotną pensję lekarza z II st. specjalizacji, gdyż razem z dyżurami zarabia on ok. 1,5 tys. złotych miesięcznie. Rzeczywistość, w której radni, a nawet urzędnicy samorządowi różnych szczebli, pracownicy różnych kancelarii (od najwyższych począwszy) liczni ponad miarę i wszyscy inni, wynagradzani wszak z kieszeni podatnika otrzymują o wiele wyższą niż górnicy wielokrotność uposażenia lekarzy, nie mówiąc już o skandalicznych pensjach pielęgniarek itp. = 500 zł na miesiąc za odpowiedzialną, ciężką i kwalifikowaną pracę przy chorym. Mówi się, że lekarz zarabia tyle, co pracownik drogowej służby kolejowej opuszczający szlaban na strzeżonym przejeździe. Może lekarz mógłby zastąpić dróżnika (po krótkim instruktażu), czy dróżnik może zastąpić lekarza?

Panie Ministrze, Panie Profesorze, służba zdrowia nie jest bardziej chora niż nasza współczesna rzeczywistość, lecz jej choroba jest najbardziej dotkliwie spektakularnie spostrzegana, co zresztą bezpośrednio świadczy o jej randze. Być może, uda się zreanimować tonący w mętnej, cuchnącej wodzie szarej strefy etos lekarza. Niech Pan Minister znany ze swej wybitnie zorganizowanej woli reformatora wskaże, proszę, osobę - w porozumieniu z koalicjantem w Rządzie - kompetentną dla podjęcia roli kierownika zespołu reanimacyjnego, a do tego zespołu dobierze on ludzi sprawnych, mądrych i uczciwych. W wyniku tego działania "druga reforma Balcerowicza" zyska wdzięcznych pacjentów - pracowników służby zdrowia.

"Bo nie jest światło, by pod korcem stało, światło jest, by zachęcało do pracy, praca, by się zmartwychwstało"

(sparafrazowany Norwid).

Bo nie jest drogą do rozwiązania problemu, jakże trudnego wskazywanie na naruszenie etyki przez jedną stronę. Audiatur et altera pars - ta żelazna podstawa prawa rzymskiego, jeśli nie obowiązuje, opinie mogą się znaleźć w kategorii przykrych pomówień. A tego nie chce żadna ze stron.

Z poważaniem

prof. dr hab. Kazimiera Brodzińska

Poznań

18 lutego 1999 r.

  

Kto odpowiada za zdrowie narodu?

Prezydentowi wydaje się, że Rząd, Parlamentarzyści wybrali ten Rząd. Rząd uważa, że niewątpliwie Parlament. Premier jest przekonany co do osobistej odpowiedzialności Ministra Zdrowia. Nie ma jednak ustawy na ten temat, więc może - na pewno - kasa chorych! Kasa tak, ale nie na 100 proc., tylko na 7,5 proc.! Reszta odpowiedzialności znajduje się chyba w samorządzie terytorialnym. A partie polityczne i związki zawodowe - oczywiście zdrowie Pań, Panów i Dzieci jest na ich sztandarach wymalowane na złociutko. Wszyscy odpowiadają solidarnie? Każdy pacjent zaś jest przekonany, że może za zdrowie narodu są odpowiedzialni jacyś ONI, ale za jego osobiste zdrowie odpowiada w całości wybrany przez niego lekarz!

Lekarze tworzą korporację zawodową - czy Izba też jest odpowiedzialna za zdrowie narodu? Ile tej odpowiedzialności procentowej mają zatem Izby, Kasy, Partie, Gminy, Dyrektorzy, Rząd, Parlament, Prezydent, Pacjent?

Włodzimierz J. Bednorz

  

Lekarstwo na reformę?

Celem reformy zdrowia było stworzenie rynku usług medycznych, a w konsekwencji podwyższenie ich jakości. Z tej reformy mieli skorzystać przede wszystkim pacjenci i pracownicy służby zdrowia.

Amerykański sen trwał krótko, a działanie nowego systemu spowodowało szok u Polaków i wykazało bezradność reformatorów.

Oto dlaczego:

Kasy chorych to nic innego jak skarbonki, do których z jednej strony wrzuca się pieniądze pacjentów, żeby z drugiej wydać je na usługi medyczne i obsługę kas, nie wliczając kosztów (zbędnego) pośrednika ZUS-u, na którego konto wpłacane są miesięczne składki.

Taki system może jedynie funkcjonować w oparciu o stale wzrastające wpływy i nie sądzę, żeby składka nawet 11 proc. dochodów (żądana przez lekarzy) zaspokoiła potrzeby służby zdrowia.

Gdyby dochody Kowalskiego były porównywalne z dochodami jego zachodniego sąsiada, wówczas system ten być może spełniłby większość oczekiwań, ale tak nie jest i nie będzie przynajmniej przez następną dekadę.

Dla finansisty sprawa jest prosta: wystarczyło stworzyć system kas chorych na bazie kapitału, na który składałby się Fundusz Wypłat przeznaczony na finansowanie usług medycznych i obsługę kas oraz Fundusz Inwestycyjny, którego zadaniem byłoby prowadzenie działalności inwestycyjnej pomnażającej kapitał. W konsekwencji nie tylko wzrosłyby zasoby finansowe kas chorych, ale również płacone składki ulegałyby stopniowemu obniżaniu.

Uruchomienie takiego systemu wymagałoby od rządu zorganizowania kas, np. na zasadzie działania prywatnych firm ubezpieczeniowych, przy czym początkowy kapitał mógłby być zebrany m.in. poprzez publiczną sprzedaż akcji.

W innej opcji, przy składce 7,5 proc. dochodów, pacjenci uczestniczyliby w częściowym finansowaniu wszystkich usług medycznych, z których korzystają. W ten sposób zamiast łapówek pacjenci legalnie płaciliby za te usługi.

Jednym z problemów we wdrażaniu reformy jest brak wcześniejszego przygotowania jednostek ochrony zdrowia do funkcjonowania w nowym systemie. Nie bez znaczenia jest fakt, że brak było jawnych procedur wyboru kadry zarządzającej kasami, a tę wybraną trudno określić mianem profesjonalnej.

Kasy chorych miały otworzyć szanse zarobkowe dla lekarzy na zasadzie równych praw. W praktyce okazuje się, że tzw. menedżerowie kas dokonują wyboru lekarzy czy instytucji medycznych bardziej na zasadzie układów i własnych widzi mi się niż procedur, które zapewniłyby równe szanse wszystkim aplikantom. Z drugiej strony, kasy chorych winny ustalić, we własnym interesie, procedury kontroli usług medycznych, za które płacą.

To tylko niektóre z problemów towarzyszących wdrażaniu reformy ochrony zdrowia.

Jedno jest pewne: jeżeli nie nastąpią radykalne zmiany w organizacji i zarządzaniu kasami chorych, staną się one klonami ZUS-u, a pacjenci jak płacili, tak też będą płacić za usługi medyczne, nie otrzymując wiele w zamian.

Jean-Marc Kania

Gdynia

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04